Open’er Festival 2013 (dzień trzeci)
kto: Kaliber 44, Oszibarack, These New Puritans, Queens Of The Stone Age, Nas, The National, Disclosure
Dobra, postaram się jak najzwięźlej, bo i tak zdaję sobie sprawę, że większą frajdę mam ja z pisania niż Wy z czytania moich wypocin. Także podzielmy tę notkę na kilka sekcji, aby nie bawić się dodatkowo w budowanie związków przyczynowo-skutkowych przekładających się na kolejne kilobajty tekstu. A zatem…
WSTĘP
Nie będę się tu (po raz kolejny chyba zresztą) rozpisywać o mojej wieloletniej, zmiennej relacji z Open’erem. Nie chcę też wylewać żali na lansiarską otoczkę eventu – wszak jeżdzenie po hipsterach przekształca się samo w sobie w wyższy level hipsterstwa. Na chwilę obecną odwiedzam Babie Doły już tylko wtedy, kiedy chęć zobaczenia jakiegoś wykonawcy na własnym, trójmiejskim terenie jest na tyle silna, że nie daje mi spokoju. A to i tak zdarza się już wyjątkowo rzadko – nie myślę już, tak jak 10 lat temu chociażby, o Muzyce w kategoriach „muszę tego i tego wykonawcę zobaczyć na żywo zanim umrę”. Tym bardziej, że i tak sporo zobaczyłem z tych, których miałem „na sumieniu”. Podkusiło mnie w ’09 roku by zobaczyć Faith No More (nie spodziewałem się, że w ramach reaktywacji odwiedzą Polskę ponownie, choć i tak nawet z tą świadomością poszedłbym na ten koncert), dwa lata później sytuacja powtórzyła się z Princem (tu już można mówić o wyjątkowym, ekskluzywnym wręcz wydarzeniu) z dodatkowym „supportem” także reaktywowanego Primusa. Minęły kolejne dwa lata i znów widzimy się w Babich Dołach. Tym razem na Queens Of The Stone Age – widzianych już w 2005 roku, regularnie koncertujących i raczej nie zwalniających tempa. Biorąc jednak pod uwagę, że jest to najprawdopodobniej mój aktualnie ulubiony zespół rockowy (magia Kyussa wciąż działa i zatacza dość szerokie kręgi), nie mógłbym sobie wybaczyć nie zobaczenia ich. No i jeszcze Nas – także ulubiony artysta, tyle że w hiphopowej działce. Oboje tego samego dnia (niestety w pokrywających się godzinach, ale o tym później). „Przypadek? Nie sądzę”. No i warto zauważyć, że to wbrew pozorom także finansowo opłacalna opcja – na własny koncert w Ergo Arenie w obu przypadkach nie ma co liczyć, pozostałby wyjazd np. do Warszawy. Zakładając cenę takiego osobnego koncertu na poziomie minimum 100 złotych, plus koszty dojazdu do stolicy itp. nie wychodzi to wcale taniej od 190 złotych. Nie mówiąc już o tym, że za tą cenę mam dwa koncerty, nie jeden. Summa sumarum decyzja była jedna – jedziemy.
OPEN’ER
W sumie nie wiem po co ten osobny akapit, bo praktycznie w ogóle nie korzystałem z tej otoczki okołomuzycznej. Strefę Fashion odwiedziłem tylko ze względu na stoisko przyjaciółki. Żadnego Silent Disco czy teatrów nie zaliczyłem. Inna sprawa, że na tym etapie rozwoju Open’era żadnych wielkich nowości w tym aspekcie chyba już nie ma. Festiwal ma ustabilizowaną formę i dobrze wychowaną publikę, która nie potrzebuje wciąż nowych bodźców w postaci niemuzycznych atrakcji, by co roku przyjeżdżać do Gdyni. By nie było – to żaden zakamuflowany zarzut lenistwa w kierunku Alter Artu, rzekłbym nawet że wręcz przeciwnie.
KALIBER 44
Czyli polska gwiazda Głównej Sceny tego dnia. Przyznam, że miałem obawy co do tego koncertu. Mimo wszystko, bo po pierwsze – nigdy nie byłem psychofanem ekipy z Katowic i nie wiąże z nią tak dużych emocji jak z Paktofoniką czy nawet Molestą, choć oczywiście „Księgę Tajemniczą” uwielbiam. Po drugie, nie jest to wyjątkowa sytuacja – wszak „3:44” powstało bez udziału Magika i, nawet jeśli gorzej niż wcześniej, to album wciąż dawał radę. A Joka co jakiś czas wraca z rapowej emerytury, ostatnio ponoć na poważniej. A jednak nie byłem pewien co do tego szumnie zapowiadanego comebacku i tego, co bracia Marten w związku z nim wymyślą. Można było spodziewać się przekrojowego repertuaru, zatem zgrabnie ominą zwrotki Magika czy ktoś wcieli się „w jego rolę”? Zaczęli punktualnie o 18.00, właśnie utworem z debiutu (wybaczcie, ale nie mam pamięci do ścisłej kolejności piosenek na koncertach). Kiedy skojarzyłem to z faktem, że na scenie poza braćmi zainstalował się nie kto inny jak Gutek przeszedł mnie dreszcz przerażenie. Ok, wybór to niby logiczny, w końcu ziom z podwórka i liczne kolaboracje. Może i lepiej on niż np. taki L.U.C. Ale jednak… Na szczęście nie wykonywał on zwrotek Magika, nie kazali mu wykonywać „Plus i Minus”, co byłoby totalnym dramatem. Setlistę podzielono zgrabnie na kilka segmentów – parę utworów z debiutu, następnie numery z „dwójki”, potem piosenki z najświeższego wciąż albumu zespołu i „greatest hits”. Przy czym te ostatnie uwzględniały także solowe dokonania Abradaba. I spoko. Subiektywnie ujmując, mniej spoko było za to sięgnięcie po repertuar Indios Bravos. Pomijając moją antypatię, jak dla mnie zupełnie rozbiło to nastrój, bardziej niż prażące słońce. Ale generalnie koncert na duży plus, tym bardziej że chłopaki wspierani byli przez całkiem pokaźną zgraję instrumentalistów. Czyli – napracowali się nad aranżacjami. A publika całkiem nieźle im się odwdzięczyła.
OSZIBARACK
Wiem że układanie timetable to nie widzimisię organizatora i wpływa na to mnóstwo czynników. Patrząc jednak od stricte fanowskiej strony – moim zdaniem czerstwym pomysłem było umieszczenie Skunk Anansie na głównej scenie. Tym bardziej, że dostąpili tego zaszczytu zaledwie trzy lata wcześniej. Być może obiektywnie dali świetny koncert. Ale obiektywnie świetne koncerty możliwe że daje także Michał Bajor, co nie zmienia faktu, że muzycznie dla mnie to poziom Dni Miasta. No i czy Skunk Anansie to na tyle duża obecnie gwiazda, by dawać ich na największą scenę, podczas gdy Nasa lokuje się na jakimś Alter Stage? Dla mnie niepojęte, no ale może jestem nienormalny i za krótko byłem w wojsku.
Co z tym Oszibarackiem zatem, który występował na wspomnianym Alter Stage? Cóż, ujmując rzecz kolokwialnie – skopałem sprawę. Warto przygotować się do koncertu zespołu, np. sprawdzając jego aktualny skład. Uniknąłbym tym samym niemiłego zaskoczenia, jakim było odkrycie, że Dj Patrisii nie ma już w zespole. Oznaczało to w praktyce, że panowie skupili się na promocji nowego, w pełni instrumentalnego materiału. Dużo osób nie trawiło wokalu Patrycji i być może jej brak poczytują za zaletę. Dla mnie ten koncert sprawiał wrażenie jamu w wersji elektronicznej, w który przez okoliczności przyrody zupełnie nie mogłem się wbić. Po pół godziny nastąpiła ewakuacja do Tent Stage…
THESE NEW PURITANS
… co już teraz mianuję najlepszą moją decyzją drugiego półrocza, kilka dni temu rozpoczętego. Zespół, nie będę ukrywał, dotychczas totalnie mi nieznany, totalnie mnie pochłonął swoim muzycznym spektaklem, choć mogło się wydawać, że taka post artrockowo-lekko szugejzowa stylistyka nie ma szans przekonać niewtajemniczonych w festiwalowych, a nawet koncertowych warunkach. Wyzwolone emocje zbliżone do tych z koncertu Sigur Ros, różnica w intensywności wynikała chyba tylko z nieznajomości materiału. Jestem pewien, że przynajmniej kilka osób ze zgromadzonych (w całkiem sporej liczbie, co cieszy) osób doświadczyło podręcznikowego przykładu katharsis. Tylko czekałem, aż wśród publiki zacznie krążyć pomoc medyczna. Być może obiektywnie najlepszy koncert tego dnia.
QUEENS OF THE STONE AGE
A subiektywnie… Cóż, miałem konkretne oczekiwania co do tego występu i udało się je zrealizować w stu procentach. Czy można było oczekiwać więcej? Koncert z 2005 roku pokazał, że jednak tak. Prawda jednak jest taka, że muzyka QOTSA, nawet będąc najbardziej spektakularną odmianą pustynnych brzmień, wciąż jednak lepiej sprawdza się w klubie i nawet obecność kapitalnych wizualizacji tego nie zmieni. A może to też kwestia okoliczności, punktu w czasie i tego, z kim koncert przeżywasz? Niewykluczone. W każdym bądź razie pod względem technicznym i wykonawczym nie można nic temu koncertowi zarzucić. Repertuar? Ultraprzebojowy, dość powiedzieć, że oficjalnie chyba największy hicior „No One Know” zabrzmiał bodajże jako trzeci. Szkoda, że nic nie zabrzmiało z debiutu, w tym mój ulubiony „If Only”. Piosenki z nowej płyty? Oczywiście były. I choć wciąż wgryzam się dopiero w ten materiał (co, nie ukrywam, tym razem przychodzi z trudem), to już teraz widać, że choćby taki „If I Had A Tail” powinien zagościć w koncertowym repertuarze zespołu na dłużej. Momentem wieczoru trzeba jednak uznać „Make It Wit Chu”, dedykowany wszystkim „lejdis”. Aha, Homme oczywiście potwierdził status Bossa, choć aktualnie odrobinę grubszego (w dosłownym sensie) niż zwykle. Być może jeszcze bardziej genialnych momentów było więcej, niestety po godzinie trzeba było się transportować pod Alter Stage…
NAS
… gdzie już w pełni rozkręcił się koncert Nasa. Why, whyyyyyyyyyyyyyy ktoś nałożył występy QOTSA i Nasa idealnie na siebie? Tego nie dowiem się nigdy, zatem przejdźmy do rzeczy. Nasowi towarzyszył poza didżejem także perkusista, przez co bity stały się jeszcze wyraźniejsze i bardziej dosadne. Mimo to koncert miał wciąż więcej wspólnego z oldskulowym koncertem hiphopowym aniżeli wypasionym show, jakie kilka lat temu dał w Gdyni Kanye West. I dla mnie spoko, dokładnie tego oczekiwałem. Oczekiwałem też, że załapię się na „NY State Of Mind”. Niestety, Nasir nie potraktował tego kawałka wyjątkowo, umieszczając go na początku występu. Dobrze, że załapałem się na cudny „One Love” (fajnie połączonym z tak samo zatytułowanym przebojem boba Marley’a), czy „Hip Hop Is Dead”, które prawie zaowocowało lekkim pogo. Dużo zresztą tych numerów było, jako że, z racji wspomnianej wcześniej „hiphopowości” koncertu, całość miała sporo z tzw. medley’u. Trochę szkoda, że szczękę wciąż mam na swoim miejscu, ale przyczyna jest chyba podobna co w przypadku QOTSA. Może w namiocie byłoby jeszcze lepiej?
THE NATIONAL
Prawdę powiedziawszy to po koncercie Nasa te festiwal mógłby się dla mnie zakończyć. Inni zdecydowali jednak, by chwytać dzień do końca, więc nie będę się izolował. Nie żałuję pobytu na koncercie The National, choćby z racji tego, że utwierdziłem się w mojej opinii co do tego zespołu. Byśmy się dobrze zrozumieli – nie odmawiam innym przeżywania ich muzyki, uznawania ich za Zespół Wybitny itp. Zwyczajnie po prostu nie kupuję ich przekazu. Nie chcę obrażać ich porównaniami do Coldplay, ale naprawdę nie jestem w stanie dostrzec w nich czegoś unikalnego. Parę momentów rzeczywiście niezłych i dla mnie tylko tyle.
DISCLOSURE
Ostatni koncert tego dnia. Z racji tegoż namiot był nabity prawie do pełna. Czy słusznie? Chyba tak, choć jednak taka wixa jaką zaproponowali Anglicy to nie do końca moja bajka, zwłaszcza o tej porze dnia i w moim prawie emerytalnym wieku.
ZAKOŃCZENIE
Przede wszystkim szacunek i podziw dla tych, którzy czytają te słowa. Warto było wysupłać trochę grosza na bilet? Zdecydowanie tak. Widzimy się, zgodnie z dotychczasową tendencją, na Open’erze 2015.
najlepszy moment: QUEENS OF THE STONE AGE – MAKE IT WIT CHU
ocena: 8,5/10
