Open’er Festival 2019 (dzień trzeci)
kto: The Smashing Pumpkins, Cool Kids Of Death, G-Eazy, Missio
Jak to się mawia: Jeśli dziś początek lipca, znaczy że jesteśmy w Gdyni na Open’erze. Choć tym razem tylko na jednym dniu. Cóż, już od dobrych kilku lat przestałem jeździć na imprezę Alter Artu dla samego przebywania na niej i kieruję się przede wszystkim zestawem wykonawców. I o ile w poprzednich dwóch latach właściwie każdy dzień zawierał przynajmniej jedną nazwę której nie mogłem pozwolić sobie odpuścić, tak tym razem zainteresował mnie tylko jeden dzień. Bynajmniej nie chcę dissować – obecność gwiazd pokroju Travisa Scotta, Rosalia czy J Balvin pokazuje, że organizatorzy trzymają rękę na pulsie. Tyle że niekoniecznie jest on zbieżny z moim pulsem. W tym roku w moim odczuciu zabrakło wykonawców dla trochę starszej publiki, która pamięta rap z tekstami o czymś, a która Pitchforka wertowała dla rzeczywistego niezalu.
Tyle zgredzenia, przejdźmy zatem do konkretów.
Danie Główne: The Smashing Pumpkins
Właściwie mój główny, jeśli nie jedyny powód nabycia biletu. Open’er po raz kolejny spełnia marzenie fanów alt rocka lat 90-tych w Polsce i podobnie jak w przypadku Primusa, Faith No More czy Sonic Youth egzamin sprawdzenia się w kontekście młodzieżowego lineupu i równie niewiekowej publiki sprawdził się całkiem dobrze. Co więcej, AA ściągneli Billy’ego Corgana w najlepszym momencie – czyli tuż po tym jak znów się skumał z (prawie) całym oryginalnym składem… i jeszcze nie zdążył się z nimi pokłócić. Nie byłem na koncercie na Offie sprzed kilku lat, ale wierzę, że właśnie ten skład który wczoraj zobaczyliśmy jest dla Dyń optymalny. I widać było po nich że czują to podobnie.
Początek najlepszy z możliwych, czyli „Zero”. I chociaż zaraz po tym usłyszeliśmy „Solara” i „Knights Of Malta” (skądinąd świetny numer) z zeszłorocznego albumu – nagranego w tym samym składzie co ten na scenie – to koncert stanowił w głównej mierze Wycieczkę w Przeszłość. W kilku odmianach – przebojowo-gitarowej („Bullet With Butterfly Wings”, „The Everlasting Gaze”, przebojowo-balladowej („Disarm”, „Tonight, Tonight”, „Ava Adore”) oraz, co chyba najciekawsze – prawdziwie alternatywnej, jazgotliwej, wręcz metalowej, stanowiącej dowód deklarowanej przez Corgana słabości do muzyki metalowej. Cieszę się, że tym razem odpuścili sobie granie obecnych we wcześniejszych setlistach coverów The Cure czy Pink Floyd (chociaż przy tym drugim niewiele brakowało, bo obecne było intro niemal identyczne z tym co w „Wish You Were Here”) – przy takiej dyskografii i ograniczonym festiwalowym czasie byłoby to zwyczajnym marnowaniem czasu.
Tyle o muzyce, natomiast trzeba poświęcić osobne miejsce na scenografię. Trzy bajkowo-surrealistyczne statuy, które wraz z zapadnięciem mroku pokazały swoją prawdziwą moc (oświetleniową). Pasowało to do muzyki zespołu, a przy tym pokazało, że potrafią oni w festiwale i areny. W tym kontekście może zaskakiwać brak specjalnego kontaktu z publiką, poza kilkoma kurtuazjami Corgana i Jamesa Ihy. Ktoś powie że tu widoczna była porażka zespołu i złe obsadzenie headlinera, zwłaszcza w kontekście wcześniejszych koncertów, ale mi taka wyjebka na swój sposób zaimponowała. Wiemy co gramy i robimy to dobrze, nie nadrabiamy przymilaniem się. Postawa wyjątkowo dziś cenna.
Drugie Danie: Cool Kids Of Death
Off Festival przoduje w comebackach i odgrywaniu klasycznych płyt, ale i Open’er w tym temacie nie chce zostać w tyle. 2 lata temu haniebnie ominął mnie powrót Grammatika, ale kiedy usłyszałem że Cool Kids of Death reaktywują się na jeden koncert i na dodatek zagrają w tym samym dniu co Dynie, to uznałem że nie ma takiej możliwości bym przepuścił to wydarzenie. Widzicie, we wczesnolicealnym okresie z polskich płyt liczyły się dla mnie dwie: „Kinematografia” Paktofoniki i debiut CKOD (albumy takie jak „Światła Miasta”, „Dni Wiatru” czy „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” pojawiły się odrobinę później). To był soundtrack codzienności, nawet jeśli podmioty liryczne były odrobinę starsze niż ja wtedy. I zawsze będę bronił do ostatniej krwi „Kulek” jako jednego z najlepszych polskich zespołów XXI wieku, a przynajmniej do trzeciej płyty włącznie. Zespołu, który nie tyle przywiózł do Polski nową rockową rewolucję która na początku stulecia opanowywał świat – oni sami byli zalążkiem tej rewolucji, doskonale wyczuwając globalny klimat zmęczenia numetalem i popłuczynami po grunge’u (i nie, nie miałem nigdy poczucia dysonansu słuchając jednocześnie CKOD i Korna). Zawsze mnie też śmieszyły oskarżenia o pseudopunkowość – widocznie musiało minąć trochę lat i pojawianie się takich zespołów jak Gówno czy Siksa by ludzie zrozumieli, że można umiejętnie czerpać z estetyki punkowej nie wyznając jednocześnie kultu Jarocina.
Jak więc wypada s/t 20 lat po wydaniu? Wciąż mega dobrze, zarówno muzycznie jak i tekstowo. Wstrzymałbym się jednak z użyciem słowo „aktualnie”: dziś takie zespoły jak The Strokes czy The White Stripes mają słuszny status legendarnych, ale niekoniecznie już masowo inspirują do zakładania własnych zespołów. Niekoniecznie też dzisiejsze dwudziestolatki myślą o sobie w kategoriach „generacji nic” – być może dlatego, że niekoniecznie ich zajmuje przyszłość? W powyższym kontekście wydaje mi się, choć dogłębnego researchu nie robiłem, że to jednerazowe wykonanie debiutu CKOD ściągnęło przede wszystkim ludzi pamiętających moment jego wydania. Może to i lepiej – widać było, że publika śpiewając razem z Ostrowskim te teksty zna je na pamięć od wielu lat. A skoro wspomniałem o Ostrowskim – znam osoby, dla których jego maniera była nieznośnie nieautentyczna, pozerska wręcz. Cóż, jak można było wczoraj zobaczyć – ten typ po prostu tak ma, bo nie sądzę by chciało mu się po tylu latach przypominać sobie jak zachowywał się i mówił w 2000 roku. Zresztą to zmanierowanie nie dotyczy tylko jego: fajki w ustach, okulary przeciwsłoneczne gdy jest grubo po zmroku. Poważniejszym zarzutem mogłoby być równie wyluzowane podejście do sfery wykonawczej i trochę jestem w stanie zrozumieć osoby które wychodziły w połowie. A trochę bardziej uważam, że tak miało być. Tak miały być wykonane „Uważaj”, „Butelki z Benzyną i Kamienie” czy „Piosenki o Miłości”. Czuję się spełniony.
Deser: G-Eazy
Zanim Dynie przejęli we władanie Maina, scena – a przede wszystkim publika przed nią zgromadzona – należała do człowieka, który być może już teraz przejął od Eminema miano najważniejszego białasa w rap grze. Nie ma co ukrywać – gdyby rozpiska godzinowa była układana pod względem aktualnej popularności wykonawców, G-Eazy wystąpiłby później, a już na pewno nie przed Smashing Pumpkins. Wystąpił jednak w pełnym słońcu… i całe szczęście że przy takim wietrze. Co tu dużo mówić – był ogień. Można się zrzymać na mizoginizm w tekstach, może jego street cred nie jest wybitnie wielkie, a pisk fanek to nie jest rzecz typowa dla rapowych koncertów. Ale koleś umie rapować, wie jak rozkręcić wixę mając do dyspozycji tylko DJ’a i perkusistę (chociaż w kontekście współczesnych rap koncertów nie jest to „tylko” a „aż”). Co też warte odnotowania – nie jest też do końca z wszechobecnej trapowej szajki, bo nawet jeśli do refrenów bierze popowe gwiazdki, to potrafi też sieknąć klasycznym beatem. No i skubany rzeczywiście jest przystojny, sam muszę to zauważyć. Nie aby to decydowało o finalnej ocenie, ale jako wisienka na tym deserowym torcie całkiem się nadaje.
Przystawka: Missio
Przypuszczam że gdyby nie taka a nie inna praca w fonografii w życiu bym się nie dowiedział o zespole Missio. Ale znałem, zobaczyłem że są w piątkowym line-upie, wielkiej konkurencji o tej godzinie nie było (oglądanie po raz tysięczny Darii Zawiałow, przy całej sympatii, nie jawiło się aż tak atrakcyjną opcją), zatem poszedłem na Alter Stage. I nie żałuję. Mocno syntetyczne granie z udziałem gitar, któremu niby bliżej do Imagine Dragons niż Nine Inch Nails, ale nie jest to aż tak irytująco popowe. Owszem, są Refreny („Middle Fingers”, naprawdę ujmująco „I See You”), ale jest też sporo nieoczywistości – może nie na poziomie Eksperymentu, ale myślę że sporo niewtajemniczonych osób mogło poczuć się odstraszonych. Zatem jako przystawka sprawdziło się idealnie.
Kolacja, Której Nie Było: Kylie Minogue
Naprawdę byłem ciekaw tego koncertu. Plan był prosty – zobaczyć CKOD i szybka teleportacja pod Maina. Ale po takiej dawce wyciskania z grania na żywo co się da, na rozmaity sposób (bo różnica między podejściem G-Eazyego i Smashing Pumpkins była widoczna) z dodatkiem zmęczenia po całym dniu sprawiło, że na koncert Kylie zwyczajnie nie mogłem patrzeć. Nie chcę wypaść na rockistę (#zapóźno) i trudno było oczekiwać że Kylie zaskoczy sztabem instrumentalnych wirtuozów. O tej porze i przy tej coraz gorszej pogodzie nie byłem w stanie wpasować się w ten Eurowizyjny klimat. Przepraszam, Kylie.
najlepszy moment: THE SMASHING PUMPKINS – TONIGHT, TONIGHT
ocena:
The Smashing Pumpkins – 8,5/10
Cool Kids Of Death – 8/10
G-Eazy – 8,25/10
Missio – 7/10
