rageman.pl
Muzyka

Mark Knopfler

gdzie: Ergo Arena, Gdańsk

kto: Mark Knopfler

 

Jak widać po powyższym, troszkę po czasie ta notka. Ale cieszę się, że w ogóle mogę ją pisać.

Z drugiej strony będzie tutaj też o dość niespiesznej muzyce. Dla niektórych aż za bardzo. Skłamałbym mówiąc, że z wypiekami na twarzy czekałem na ten koncert. Cieszyła mnie bardziej perspektywa spędzenia go z Tatą, który regularnie katował płyty Dire Straits w domu i siłą rzeczy musiałem trochę tym charakterystycznym brzmieniem gitary przesiąknąć. Do dziś nie wiem czy Dire Straits to dobry zespół – czasem myślę sobie że to esencja taksówkarskiego grania, a czasem że wyjątkowo nie mieli szczęścia do PRu jako zespół z Wielkiej Brytanii, gdzie w tym czasie na topie były zupełnie inne dźwięki. Ale kiedy słyszę „Sultans Of Swing” czy „So Far Away” to wszelka rozkmina mi mija i momentalnie jestem rozbrojony.

Z solowymi płytami już sprawa taka prosta nie jest – początek był jeszcze całkiem znośny („Golden Heart” i „Sailing To Philadelphia”), ale potem to dość rozległy ocean nudziarstwa (z kilkoma wysepkami słuchalności), na które czuję się jeszcze zwyczajnie za młody. A przecież to jako solista właśnie, na dodatek promujący kolejną kołysankową płytę, miał wpaść do Polski na dwa koncerty. I chociaż wiedziałem że na solowych występach nie stroni od grania klasyków napisanych w latach 80-tych, to nie spodziewałem się że będzie aż tak dobrze pod tym względem. Wręcz przeciwnie – historia z niedawnym wprowadzeniem DS Rock And Roll Hall Of Fame, gdzie Knopfler całkowicie olał temat (nie tyle nie stawiając się na imprezie, co nawet nie dając żadnego komentarza) mogłaby sugerować, że jest to dla niego całkowicie zamknięty temat. Być może pojawiające się plotki o zakończeniu kariery mają coś na rzeczy i łaskawszym okiem spojrzał na swoje dziedzictwo?

Mogą wszak trochę dziwić plotki o emeryturze biorąc pod uwagę, w jakim tempie dział się ten koncert – i to zarówno na scenie, jak i pod nią. Siedzące miejsca nie tylko na trybunach, ale i na płycie. Średnia wieku kilkakrotnie przewyższająca tą na Open’erze. Takiej publice raczej niepotrzebna rozgrzewka, to i supportów brak. Musiał wystarczyć „konfenansjer”, który po prostu wykrzyknął „Mark Knopfler!” i na tym zakończyła się jego rola. Zaczęli od „Why Aye Man” i chociaż nie jestem obcykany w singlach Brytyjczyka, to setlista sugerowała że niekoniecznie lubi grać to, co wytwórnia wytypowała do promocji albumów. Mi osobiście zabrakło z tej kategorii m.in. „What It Is”. Ale kto by się takimi drobnostkami przejmował, jak tu leci „Once Upon The Time In The West” – jak się okazało, największy tego wieczoru skok w przeszłość. W czasy, kiedy Dire Straits zupełnie nie mieli jeszcze zakusów na bycie Największym Zespołem Świata. A zaraz potem jeden z najpiękniejszych Pierwszych Tańców, czyli „Romeo & Juliet”. Płaczę. Ten jeden z nielicznych momentów, kiedy Knopflerowi, by zachwycić, wystarczyła niemal wyłącznie gitara.

Bo generalnie mieliśmy tu do czynienia z big bandem, w dosłownym a nie powszechnie rozumianym tego terminu znaczeniu – owszem, instrumenty dęte były (w końcu trzeba było odegrać TĘ partię z „Your Latest Trick”), ale Knopfler solo to przede wszystkim granie oparte na instrumentach skrzypcowych – bluegrass, muzyka celtycka, itp itd. Tak jest przecież od pierwszego solowego albumu „Golden Heart” z ’96 roku i choć nie znam dokładnie historii wszystkich towarzyszących Knopflerowi muzyków (mimo iż w pewnym momencie przedstawił każdego z nich z osobna), to przypuszczam że niektórzy z nich pamiętają tamte czasy. Na pewno pamięta Guy Fletcher, który towarzyszy Knopflerowi od ’86 roku, czyli jeszcze przed „Brother In Arms”. I jest w wieloletności tej kolaboracji coś niesamowitego.

A sam Mark? Potrafił długimi fazami nic się nie odzywać, a jak już zaczął nawijać… Bez kokieterii, trochę jakby „pod siebie” (chociaż nie trzeba było certyfikatu z angielskiego, by zrozumieć co mówi), ale w pełni szczerze i bezpretensjonalnie. Słychać jednak też, że ze sporym już zmęczeniem. W tym kontekście mogły dziwić wybrane do odegrania numery Dire Straits, o których jeszcze nie była mowa. O ile „On Every Street” dynamiki nabiera w drugiej części (którą jak słyszę to całe dzieciństwo staje przed oczami), tak przecież „Money For Nothing”, zagrany na pierwszy bis, to petarda w całości! Publika już trochę wcześniej wyrwała się z siedzeń pod scenę, ale teraz to już wszyscy stali, wszyscy poczuli się trochę młodsi… Nie dam złego słowa powiedzieć na ten utwór, choćby nie wiem jakiego wąsa miał – uwielbiam to budowanie napięcia w intrze, oddane także w Ergo Arenie (mimo braku Stinga, rzecz jasna). Riff nie zabrzmiał tak jak w ’87, ale to i lepiej – zabrzmiał tak, jak wypadałoby by zabrzmiał 32 lata później. Zdecydowanie wyjście z tarczą, jeśli chodzi o konfrontację z Legendą tego utworu. Trzeci bis w postaci cudownego „Going Home: Main Theme From Local Hero” wspaniale zarazem chillował i żegnał. I tylko szkoda, że pomiędzy oba wetknięto „Piper To The End” – na kilku przystankach trasy wybrańcy mogli usłyszeć „So Far Away”. Ale nie sądzę by publika gdańska „nie zasłużyła” – wręcz przeciwnie, kilku bardziej młodzieżowych wykonawców mogłoby pozazdrościć tak żywiołowego feedbacku.

Jeśli to miało być rzeczywiście pożegnanie, to można to spokojnie napisać: godne. Z obu stron.

 

najlepszy moment: ON EVERY STREET

ocena: 8/10