rageman.pl
Muzyka

Open’er Festival 2006 (dzień pierwszy)

gdzie: Babie Doły, Gdynia

kto: Placebo, Pharrell Williams, Manu Chao, Fisz Emade i inni

 

czyli Muzyczne swieto czas zaczac!

Heineken Open’er Festival odbywa sie juz po raz czwarty. tradycyjnie na poczatku lipca i jest jednym z powodow (jesli nie najwazniejszym) dla ktorego wole zostac na wakacje w trojmiescie. nawet jesli zestaw wykonawcow nie odpowiada moim gustom w stu procentach (gdzie szatanski death metal? gdzie disco polo?? ;), to jednak zawsze jest to muza ktora warto sprawdzic. a i przewaznie jednak trafi sie w tym zestawie wykonawca dla ktorego gotow bylbym przemierzyc cala polske by zobaczyc go na zywo. tak jak Sigur Ros dnia drugiego.

no ale mamy dzien pierwszy. wlasnie. zmiany. po pierwsze – juz nie da, a trzy dni. co oczywiste, ze wzgledu na to, ze i zestaw wykonawcow znacznie sie rozrosl. moze nie jest to jeszcze poziom roskilde czy wacken open air, ale naprawde jest to juz porzadny zestaw i nie ma mowy o byciu „ubozszym festiwalowym bratem wielkich imprez w europie”.
po trzecie zas (drugie?) – zmiana miejsca festiwalu. tak wiec gdy z agniecha i ewelinkowa ekipa przybylismy do gdyni glownej okolo godziny 16.00, to zamiast skierowac sie na skwer kosciuszki tak jak we wczesniejszych latach, poszlismy wymienic w polozony obok dworca specjalny punkt wymiany biletow na identyfikatory. by nastepnie uderzyc na specjalne autobusy dowozace na miejsce. czyli tak zwane Babie Doły. miejscowa troszke daleko od gdyni polozona, wiec i podroz niekrotka byla. zadupie. ponoc byle lotnisko, obecnie teren nalezacy do wojska. ale niewazne pochodzenie. wazne ze obszar przeogromny. troche tez czasu zajelo by dostac sie do obszaru koncertowego. a ten tez zdecydowanie niemaly. mamy chwile, rozejrzyjmy sie. scena. chyba wieksza niz w latach ubieglych. oczywiscie w heinekenowej zielonej kolorystyce. moze juz teraz warto wspomniec, ze wszelkie aspekty techniczne – zarowno oswietlenie, jak i naglosnienie – bez zarzutu. a nawet wiecej. po prostu – czysty miod dla oczu i uszu (dla uszu zwlaszcza hehe). jedziemy dalej. na lewo od sceny – miasteczko festiwalowe. czyli tak zwana gastronomia. wiadomo, ze na po dluzszym czasie zabawy na koncercie mozna na spragnionych i zlaknionych koncertowiczach zarobic. wiec ceny wysokie jak tylko sie da. moze heineken za 6 zlotych to jeszcze norma. ale juz w przypadku zarcia slusznosc cen dyskusyjna. oczywiscie, jak co roku, placi sie nie zlotowkami, ale wczesniej wykupionymi kuponami. bo ak wiadomo, po co stac w jednej kolejce, skoro mozna w dwoch. na szczescie tym razem chyba przez mnogosc punktow wymiany zlotowek na kupony (czy tez konkretniej – bony( wymiana zarowno zlotowek na bony, jak i tychze bonow na wszelkie picku i szame odbywala sie niebywale szybko. punkt dla organizatorow.

ograniczylismy sie do pol godziny wystepu Sofy, gdyz na scenie glownej juz zaczynalo sie cos dziac. wprawdzie to nie byl koniec wystepow w namiocie, bo pozniej wystepowaly jeszcze takie zespoly jak cool kids of death, the car is on fire czy masala soundsystem, a w trakcie nastepnych dni m.in. kanał audytywny, pustki czy maria peszek, ale wybor miedzy polskim a zagranicznym wykonawca wydaje mi sie oczywisty. choc o 19.00 mielismy do czynienia wciaz z muzyczna reprezentacja polski. ale jaka! fisz od zawsze byl moim ulubiencem jesli chodzi o scene hiphop i okolice (no, poza paktofonika), ale tym razem naprawde swoim wystepem zaskoczyl. sklad! kogo tu nie bylo! saxofonista z pink freud, wokalistka z muzykoterapii, envee z niewinnych czarodziei za konsoleta, manuel z maanamu na instrumentach perkusyjnych. a dodatkowo jeszcze stasiu starship na basie, chyba jurek zagorski na gitarze, pablo hudini na wspomagajacym rapie no i emade na perkusji i fisz na wokalu. prawdziwy soundsystem, choc to nie zamyka listy wykonawcow ktorzy przewineli sie na scenie. no ale o tym pozniej. wszyscy wiedza ze obecnie fisz niewle ma wspolnego z „czystym hiphopem” (w sumie – czy kiedykolwiek mial?). ale musialo cos sie zmienic od czasu gdy widzialem ich ostatni raz w gdansku, a bylo to w chuj czasu temu (epizodu z didzejskim setem jako X-Boys nie licze). wtedy to bylo jednak jako Tworzywo Sztuczne. tutaj reklamowali sie jako po prostu Fisz & Emade oraz przyjaciele. czy cos w zwiazku z tym. nie wiem, ale roznica jest taka, ze mam wrazenie ze fisz pogodzil sie z rapem. mniej w nim z artisty (nie chodzi tylko o ogolona na zero glowe), wiecej w nim tego fisza z okresu Polepionych Dzwiekow. jest nieodlaczny megafon oczywiscie, ale duzo jakis zabaw w beatbox, fristajlow (choc nie oszukujmy sie – do ostrego, tedunia czy nawet pana duze pe troche brakuje) itepe iTEDE. choc niby repertuar uwzglednia zarowno plyty wydane jako Fisz, jak i Tworzywo Sztuczne. jest oczywiscie reprezentacja najgenialniejszej trzeciej plyty – „narkotyk”, „dynamit” czy zagrany na koncu, zaskakujaco najlepsza tego wieczoru „warszafka”. ale uwaga uwaga. w pewnym momencie wchodzi na scene z gitara sam wojtek waglewski, czyli Rodzic. no i robi sie w tym momencie bardzo rockowo, czy moze bardziej – Voo Voo’owo. a to nie koniec – na scenie w pewnym momencie zostaje sam wojtek, a dolacza do niego… maria peszek. i graja numer z Miasto Manii. pieknie. reszta muzykow wraca i juz w takim skladzie koncza koncert. swietnie.

uf, rozpisalem sie, a to dipiero teraz zaczyna sie najlepsze. chuj, pewnie nikt tego nie przeczyta, ale skracac wczesniejszy tekst mi szkoda. wiec. godzina 21.00 i punktualnie pojawia sie pierwsza z zagranicznych gwiazd. Manu Chao i jego Radio Bemba Sound System. ktory to obejmuje basiste wygladajacego jak oi’owiec. gitarzyste ktory z kolei z ryja przypomina steve-o z jackassa. oraz perkusje i instrumenty perkusyjne. no i na przedzie sam Manu Chao z gitarka oraz opaska na glowie, z ktora wyglada jak stary zalogowiec. tudziez zwykly lump. niewazne zreszta co widac (choc w tym aspekcie warto nadmienic o fajowej, psychodelicznej plachcie umieszczonej za muzykami jako elemencie scenografii). przyznam ze nigdy jakos niespecjalnie interesowalem sie muzyka tego pana. gdzies tam uslyszalem „Bongo Bong”, nie spodobalo sie, wyrobilem sobie niesluszne jak sie okazuje zdanie o calosci tworczosci i
podziekowalem. blad. bo po pierwsze, pan ten tworzy od wielu lat wiec ma troche tych numerow. a bongo bong wcale nie jest reprezentatywny dla tworczosci. ponoc. bo nie przesluchalem wciaz plyt. ale wiem juz co z soba ten pan z kapela prezentuje w wersji live. takiej dawki punkowego czadu w zyciu bym sie nie spodziewal!! naprawde, juz po pierwszym kwadransie bylem tak energetycznie wykonczony, ze moglbym juz isc do domu! na szczescie pan Manu sie zlitowal i dla dobra publiki oraz jego muzyki wprowadzil do swej propozycji reggae oraz okolice. ska, ale tez jakies wplywy muzyki swiata. oczywiscie nie musze wspominac o fenomenalnym odbiorze publiki? dziwne, bo chociaz wiekszosc paradowala w koszulkach placebo, to w trakcie koncertu (potem zreszta to uczucie mnie nie opuscilo) mialem wrazenie jakby to manu chao byl tym na ktorego tylu ludzi wybralo sie na open’era. piekne rowniez bylo to, ze udalo sie nawiazac kapitalny kontakt z publika bez dialogow! bo chociaz manu adal duzo, to po angielsku przemowil 2-3 razy! na poczatek zas przywital sie (przerotnym czy omylkowym?) „dobranoc polska”. potem zas mielismy m.in. dedykacje piosenki dla „najniebezpieczniejszego czlowieka na ziemi”, czyli przuroczego obecnego prezydenta usa ofkors. oczywisty aplauz. a na koncu samym odmienione Bongo Bong (o dziwo – jednak najlepsze tego wieczoru), powtarzanie przez Manu ze „this is the end”, bis i po okolo poltorej godziny (zreszta kazdy zespol na duzej scenie tyle sie mniej wiecej prezentowal), zegnany gromkimi brawami, zespol schodzi ze sceny.

przerwa techniczna. mozna odpoczac. rozejrzec sie. w chuj ludzi, w chuj. znajomych ciezko dostrzec, ale potem przewinal sie gdzies jawor. czy wspominalem juz ze uscisnalem dlon z oliverem janiakiem z tvn’u? hehe. nie umyje 😉
dygresja, skoro jestesmy juz przy vipach. naprzeciwko miasteczka festiwalowego umieszczony byl sektor dla vipow, z namiotem. fotelikami. chyba ktos pokrecil beke z tych waznych person, bo nawet jakbym byl papiezem to bym tam nie siedzial w trakcie koncertu. niby byly telebimy, ale ogladac koncert z takiej odleglosci i w tak chujowym polozeniu to chyba beka jakas.

przerwa techniczna, wspomniana psychodeliczna plachta zostaje wymieniona na plachte z rysunkowa podobizna pana ktory wystapi za chwile. znamy go z kapitalnego producenckiego teamu the neptunes, ktory tworzy najlepsze hiphopowe podklady obecnie. znamy go z bardziej eklektycznego n.e.r.d., z ktorym nie boi sie flirtowac z rockiem. ale co zaprezentuje solo, jako Pharrell Williams?

moglismy sie przekonac o tym juz od paru minut po 23.00 (brawa za organizacje w tym miejscu). na poczatek od razu mocne uderzenie – hit „can i have it like that”, w ktorym refrenowa partie gwen stefani skandowala kapitalnie publicznosc. nie wiem czy nastapila znaczna rotacja publicznosci, ale w tym miejscu juz wspomne, ze tak kapitalnego przyjecie pharrella sie nie spodziewalem. bo jednak chociaz wystepom cypress hill czy snoop dogga w latach ubieglych nic nie brakowalo, to wydaje mi sie ze wprowadozny w zeszlym roku rock (maslo maslane ehehe) ma od tego czasu najlepsze przyjecie na tym festiwalu. a poza tym to jednak wystep pharrella nie skladal sie wylacznie z hitow. bo pocaatek wsytepu to spora dawka numerow z debiutanckiej solowej plyty, ktora chyba jeszcze malo kto w polsce mial okazje slyszec. a jednak choc wspolnego spiewania refrenow w tym czasie nie bylo, to wystarczyl okrzyk w stylu „make some noise, poland!”, a rozlegal sie taki wrzask, ze nie sadze by usmiech na gebie pharrella byl nieszczery. trzeba przyznac ze chlopak popisal sie tez w kwestii instrumentalnej. kolega raper z n.e.r.d. to swoja droga (w sumie raczej chlopak pozostawal w cieniu), ale instrumentarium! klawisze, dwie (!) perkusje, gitarka, bass (Moment wystepu – „she wants to move” przy popisowce basisty przeradza sie w „another one bites the dust” queen’a!). uczta dzwiekowa, naprawde. ale wiadomo, ze tu chodzi o to ze trzeba sie pharrellem zachwycac. i jego brzzuszkiem, ktory czesto i gesto odslanial, wartm wiecej niz pewnie wynosi budzet polski. swoja droga, chlopak ma niezle zycie – odsloni pepek i od razu slyszy pisk paru tysiecy dziewczat. nie nie mowcie chlopaky, ze tez byscie tak nie chcieli.

jak juz wspominalem, poczatek wystepu to raczej rzeczy nowsze, srednio hiciarskie. zmienilo sie dopiero, gdy pharrell zaintonowal geba slynny podklad „drop it like it’s hot”. dzizys, to jest juz klasyk ten podklad. partie snoop dogga wykonal sam pharrell i chociaz nie jest zlym raprem, to jednak wydaje sie, ze jako wokalista lepiej sobie radzi. amoze chodzi o to ze snoop jest niezastapiony? po dropie zas na dobitke kolejny hit snoopowy – „beautiful”. jest szal. psypal sie worek hitow. „frontin'”? okej. „hot ine herre” nelly’ego? okej, zaprosmy przy okazji grupke polskich dziewczyn na scene, i pozegnajmy sie z nimi usciskiem, tak by posikaly sie ze szczescia i przez rok sie nie myly! pharrell jest Gwiazda przez duze G. nie wchodzi w jakies ambitniejsze dialogi z publika. on po prostu robi show, a przy tym zdaje sobie sprawe ze wystepuje w poland, a nie holland. ze rowniez bez i polskiej publiki nie bylby tym kim jest teraz (noo, moze mielismy na to mniejszy wplyw niz fani w uk czy usa…). ale podziekowania dla nas byly. dobry to chlopak.

a czy mowilem juz ze nie brakowalo prawdziwie rockowego czadu, np w „rockstar” (tutaj znow pojawil sie antybushowy, a raczej – antyinwazja_w_iraku’owy wrzut)? a takze w innych numerach, w tym wspomnianym „she wants to move”? kolezka jest naprawde utalentowany i wszechstronny. jak i jego zaloga.

swietny koncert, szczery, z zaskakujaco dobrym kontaktem z publika. szkoda tylko ze brak jakis wiekszych oklaskow po koncercie. podobnie jak w przypadku manu chao, rowniez i pharrella staje sie najwiekszym obecnie fanem w polsce.

zbliza sie godzina 1.00. czyli czas rozpoczecia koncertu zespolu ktory mial zarzadzic tego wieczoru. i zarzadzil. Placebo.

choc to nie bylo oczywtiste. bo jednak problem moj z tym zespolem jest taki, ze uwielbiam ich pojedyncze numery. ale nie albumy. slowem – tworczosc chlopakow jest dla mnie nierowna. kiszki obok cud-numerow. ciezko lubic taki zespol. liczylem na to ze moze koncert pozowli mi sie przekonac do niego. pozwolil.

najpierw pojawili sie muzycy wspomagajacy. czyli drugi gitarzysta i pan obslugujacy zarowno klawisze, jak i gitare w momentach, gdy brian molko skupial sie wylacznie na wokalu. obaj panowie pozostajacy w cieniu raczej. no bo przeiez placebo to trio. i oni sie na koncu pojawili. perkusista steve w wersji toples. basista stefan, ktory ze swoimi dwoma metrami wzrostu, obcislymi ciuszkami i wybitnie gejowska prezencja sprawial wrazenie istoty z innej nawet nie planety, co galaktyki. no i brian molko. idol. obecnie (czyli na czas promocji nowej plyty „meds”) juz w wersji typu „bardzo poskromiony biseksualizm”. eleganckie ciuszki, makijaz ograniczony do minimum, ale jednak gdzies widac, ze to ten sam molko, ktory w wywiadach mowil np o marilyn mansonie jako o „mistrzu w robieniu loda”. zaczynamy. ale jednak hmmm. no spodziewalem sie ze jakos wiekszym hitem przywala na dzien dobry. a prawda jest taka, ze pol godziny pierwsze wystepu zdominowaly kawalki z nowego labumu. ktory raz przesluchawszy postanowilem do niego nie wracac. i chociaz byl to blad i prawda jest taka, ze to sa naprawde niezle numery, to nawet taki cudny „song to say goodbay” przegrywa z sila „the bitter end” czy „pure morning”. niemniej cudnie jest. placebo potwierdzaja to, do czego najwyrazniej balem sie wczesniej sam przed soba przyznac. ze ze swoimi emo-melancholijno-beztroskimi piosenkami sa Wielcy. ze to, w jaki sposob balansuja miedzy pozorna beztroska w niektoych dynamiczniejszych, punkowych niemalze numerach a melancholia w mistrzowskim glosie briana, to temat na niejedna ksiazke. i nawet te nowe numery to potwierdzaja. choc i tak najfajniej sie robilo przy klasykach. najpierw niesmiale – „black-eyed” w miedzyczasie prezentacji „meds”, ale potem sie posypalo – „every you every me”, „special needs” i na koniec kapitalny „the bitter end”. i sie zegnaja. ze co? po godzinie? no ni chuja. dodac do tego fakt, ze niezbyt chetnie konwersowali z publika (to byl moj pierwszy koncert placebo, wiec nie wiem czy to norma u nich). BIIIIIIIS! okej, wychodza. i sluchajcie, taka sprawa. ja wiem, ze to niefajnie swiadczy o zespole jak najlepiej wychodzi w cudzesie. ale… fakt jest taki. oni z numeru o gigantycznym jak dlugi michaela jacksona przebojowym potencjale, dodajac swoja wrazliwosc i sklonnosc do odlotow zromili z „running up that hill” kate bush numer IDEALNY. tak po prostu. numer, ktory przejdzie do historii razem z symfoniami beethovena i tworczoscia the beatles. i nawet to, ze numer na absolutne zakonczenie, rozwniez nietypowo potraktowany singiel „twenty years” wypadl wysmienici, nie zmieni fakt, ze przez pare wczesniejszych minut bylismy swiadkami CZEGOS NAPRAWDE KURWA WIELKIEGO. dziekujemy, Placebo. ja juz teraz Was uwielbiam.

 

najlepszy moment: PLACEBO – RUNNING UP THAT HILL

ocena: 8/10

Leave a Reply