rageman.pl
Muzyka

Open’er Festival 2006 (dzień drugi)

gdzie: Babie Doły, Gdynia

kto: Scissor Sisters, Sigur Ros, Franz Ferdinand, Skin, Myslovitz i inni

 

Lecimy dalej.

17.30, czyli już nie zdążyliśmy na występ Miloopy w namiocie, z kolei mający się o tej godzinie rozpocząć koncert Myslovitz opóźnia się. Ale w końcu chłopaki koło godziny 18.00 wychodzą na scenę. Myslovitz, wiadomo. Pięciu muzyków, perka, bas, klawisze, gitara i Artur Rojek na gitarze i wokalu. Myslovitz, wiadomo. Zespół, po którym zawsze niemiłosiernie jechałem. I w sumie dalej będę jechał, ale chyba już tylko z przyzwyczajenia. Bo zaskoczyli mnie chłopaki, no. Spodziewałem się pseudoambitnych smętów, a na pierwszym koncercie Myslovitz, jaki miałem okazję oglądać, dostałem porządną porcję emocjonalnego rock’n’rolla. Na światowym poziomie. Dlaczego nie wyszła kariera na Zachodzie? Cóż, jestem obcykany tylko w największych hitach, więc z pseudodziennikarskiego obowiązku muszę odnotować, że były piosenki m.in. „Chłopcy”, „Dla Ciebie”, a na końcu przywalili przepysznym bisem w postaci starego, beztroskiego klasyka o Peggy Brown. Jeśli tak mają się teraz prezentować Myslovitz — nie mam nic przeciwko. Tylko nie żadne smęty w rodzaju „Życie to surfing”. Po co się napinać. Tworząc rock’n’rolla też można być artystą. Zwłaszcza tak fajnie zakręconego (w pewnym momencie panowie tak odlecieli z hałasem, że normalnie Sonic Youth się kłania). Maksymalizm muzyczny, acz minimalizm jeśli chodzi o kontakt Rojka z publiką. Przynajmniej jeśli chodzi o werbalny. Szacunek.

Wiadomo, Myslovitz to nasza rockowa gwiazdeczka, więc przyjęcie mieli nad wyraz dobre. Dobrze rozgrzali przed pierwszym zagranicznym wykonawcą, jakim była pani Skin. Przyznam, że nigdy nie mogłem przełknąć twórczości zespołu, dzięki któremu ta pani wypłynęła, czyli Skunk Anansie. Powód — wokal. Jakiś taki hmmm, no nie wiem, nie podobał się i tyle. I rzutowało to na odbiór muzyki. Tym samym nie płakałem po rozpadzie tego zespołu ani też nie przerzuciłem się na to, co pani Skin solowo tworzyła. Zwłaszcza że pierwsza płyta była mocno zabarwiona popem. Tymczasem Open’er Festival daje szansę konfrontacji z wykonawcą w wersji live, przez co pozwala się przekonać do tegoż wykonawcy. Po Open’erze polubiłem panią Skin. Tym bardziej że okazało się, że podąża podobnymi ścieżkami co nasz rodzimy Lipa — rozpada się macierzysty zespół, odreagowujemy debiutancką płytą w zupełnie innym klimacie muzycznym, by na drugiej wrócić do rocka, a przy tym nie kopiować muzy grupy, której się swego czasu przewodziło. Zespół Skin nie równa się Skunk Anansie. Jest to rockowe, a jednak bardziej lajtowe granie. Fajniejsze. Instrumentarium tradycyjne — perka, bas, dwóch gitarzystów i pani Skin (która też czasem chwytała za gitarę). Czyli podobnie jak Skunk Anansie. Ale tam nie mieliśmy wiosłowych udzielających się w chórkach, co nie? A tutaj proszę. Jak u The Beatles.

Okazało się również, że Skin to przesympatyczna dziewczyna. Gaworzyła sporo, m.in. o Gdyni i festiwalu (pozytyw of kors), o seksie (w ramach zapowiedzi jednego z numerów) itp. itd. Politycznych refleksji tym razem tego dnia brak. A, no i przede wszystkim — prześliczne różowe spodnie skonfrontowane z czarną bluzeczką i krawacikiem. Dziewczyna ma styl.

Szkoda tylko, że pomimo niezłego odbioru był to jak dotąd najkrótszy występ na festiwalu, bo grali może z 40 minut? Rozumiem, że dwie płyty to niedużo (choć następni wykonawcy na scenie, dysponujący takim samym dorobkiem, jakoś sobie dali radę), ale przecież ta pani ma co wykonywać. Zastanawiałem się, czy chwyci po numery swojej macierzystej kapeli. Spokojne, wręcz balladowe intro. Zaraz, zaraz, to „Charlie Big Potato”! Kapitalna wersja, również balansująca między spokojnymi zwrotkami i czadowymi refrenami, ale jednak na zupełnie inną modłę. No i kapitalny moment w postaci totalnego wyciszenia i następującego po nim wokalnego odlotu pani Skin. Yep, najlepszy moment występu. Choć następujący po nim, wykonany z gitarką akustyczną inny klasyk Skunka — „Hedonism (Just Because You Feel Good)” — też był chwilą magiczną. Jeszcze tylko „goodnight”, „bye bye”, „enjoy the show”, a zwłaszcza następne kapele — Franz Ferdinand i Sigur Rós — no i jesteśmy po występie pani Skin. Warto chyba odnotować, że był to, pomimo wcześniejszego wspomnienia o lajtowości, i tak najcięższy występ w historii festiwalu Open’er. I też dobrze przyjęty. Może warto następnym razem zainteresować się tą półeczką muzyczną? Audioslave, Lostprophets, coś takiego?

Ale na razie jesteśmy dalej przy rocku, choć tym w wersji light. Godzina 21.00, na scenie wreszcie pojawia się jakaś scenografia, tutaj w postaci reprodukcji okładki ostatniego cedeka Franza Ferdinanda „You Could Have It So Much Better”. Oni będą musieli spłacić z kolei kredyt zaufania, którym ich obdarzyłem. Nie wyszło rok temu, gdy prawie że mieli supportować U2 (choć w zamian wystąpili genialni The Killers), teraz mają taką szansę. Pojawiają się! Tym razem trochę dalej od sceny żem ustawiony, ale choć początkowo miałem podejrzenia, że wspomaga ich piąty muzyk, to chyba jednak to były zwidy. Jest ich czwórka. Perkusja, bas, gitara (czasem klawisze), no i Alex Kapranos na gitarze i wokalu. Jazdaaaaa!

Jakie główny wniosek można wyciągnąć na podstawie tego występu? Że w kategorii taneczny rock’n’roll są najlepsi! Prawda jest taka, że obok Manu Chao to oni jak na razie najlepiej rozkręcili publikę. Co nie dziwi. Bo co numer to prawie hit. Jeśli nie taki, co to śmiga po listach przebojów, to przynajmniej powinien tak też czynić. Inny wniosek jest taki, że tak naprawdę, pomimo licznej ilości marnych kapel, cała ta nowa fala rocka dysponuje naprawdę zajebistymi kapelami, które przywracają wiarę w tę muzykę. Franz Ferdinand jednym z najlepszych tego przykładów. I chociaż ten rock jest pachnący i dobrze uczesany, to dalej jest to rock. I wolę go chyba takim niż z długimi tłustymi włosami i mentalnością gimnazjalisty.

Tyle refleksji ogólnych, czas na konkrety. Alex już do gaduł nie należy, wszystko jest sprowadzone do minimum wymaganej gadki. Ale jest to minimum takie, by dalej uznać chłopaka za dobrego i naprawdę cieszącego się na występ w Polsce (no kto by się nie cieszył, hello?). Reszta chłopaków raczej statyczna. Ale na pewno nie znudzona. Czyli — naprawdę nie gwiazdorzą. Przynajmniej jeszcze nie.

Momenty wielkie? Były. W ilości trzech. Dwa największe single i jeden bonus. Gdzieś na początku zabrzmiał singiel promujący drugą płytę — „Do You Want To”. Szał. Ale szał do kwadratu nastąpił wraz z charakterystycznym wstępem gitary. Yep, „Take Me Out”. Numer, od którego zaczęła się ta fala rocka z inklinacjami tanecznymi. Wraz z momentem historycznym po półtorej minucie, gdy kończy się to zwyczajniutkie intro i wchodzi ten WIELKI taneczny beat. O, właśnie wtedy nastąpił szał już do potęgi entej. Nie było osoby niebawiącej się w promieniu przynajmniej kilometra. Tym momentem jak na razie Franciszki wywołali największe szaleństwo na tym festiwalu. Gdy pod koniec numeru Alex podziękował, że byliśmy tak wspaniałą publicznością, byłem pewien, że to koniec. Największy hit na koniec i do domu. Tyle że to była czterdziesta minuta! Grają dalej na szczęście. A dopiero kapitalna perkusyjna solówka (w której udzielali się wszyscy poza Alexem muzycy!) zakończyła ten świetny, półtoragodzinny występ. Czapki z głów. I uczcie się, wszyscy epigoni Korna i Pearl Jama. Tak się teraz gra rocka.

Brawa dla organizatorów za układanie listy wykonawców. Bo występ Scissor Sisters po Franzu to byłoby wykańczające energetycznie combo. A tak mieliśmy chwilę wytchnienia. Ale za to jaką. Nie ukrywam, że właśnie na ten występ czekałem najbardziej, ten zbliżający się koncert w największym stopniu wpłynął na decyzję zakupu biletu. Miało być magicznie. I było.

Panie i panowie, z Wysp Brytyjskich (które to dominują w repertuarze tegorocznego festiwalu) przenosimy się na inną wyspę. Islandia. Sigur Rós.

Wizualizacje. Wizualizacje! Mnóstwo instrumentów. Wprawdzie zespół Sigur Rós to kwartet. Ale wiadomo, że przywożą z sobą mnóstwo muzyków. Są gitary, bas, perkusja, ale też klawisze, skrzypce i wszystkie te instrumenty, które prędzej zobaczymy w filharmonii niż na koncercie rockowym. I za ich pomocą Islandczycy tworzą muzykę z taką rockową energią, że padają przed nimi na kolana zarówno Lars Ulrich (Metallica), jak i Chris Martin (Coldplay), a przy okazji ponoć też i Brad Pitt. Wrażliwe chłopaki, nie ma co.

Powiem wprost: Sigur Rós to dla mnie jeden z najlepszych zespołów świata i krótko — potwierdził to tym występem. Pieprzone misterium. MAGIA. Emocjonalne wykończenie. Niektórych zespołów nie powinno się słuchać, bo grozi zawałem. Łzy. Nie będzie tytułów. Bo jak tu zapamiętać tytuły takie jak „Svefn-g-englar” czy „Flugufrelsarinn” (by chociaż brać tytuły z najlepszego krążka „Ágætis byrjun”). Zwłaszcza że panowie, tak jak na również świetnej płycie „()”, mają kaprys, by w ogóle nie tytułować piosenek. I to pomaga w odbiorze numerów. Nie mamy do czynienia z hitami. Panowie nie są ograniczeni do grania najpopularniejszych piosenek, bo przebojów nie mają. Jedyne ograniczenie to wizualizacje, które są dopasowane do konkretnych numerów. Ograniczenie repertuarowe, nieograniczona wolność w samej muzyce. Refreny, zwrotki? Zapomnij.

Zresztą, wszelkie gadanie o Sigur Rós nie ma sensu. Ich naprawdę TRZEBA usłyszeć. I jeśli ktoś mi wyskoczy, że Mars Volta to jest obecnie najciekawszy zespół na świecie, to go otwarcie wyśmieję. Cieszy, że Sigur Rós to zespół z jednej strony wielbiony przez krytyków, VIP-ów i publikę na całym świecie. Z drugiej strony — dalej można mówić o nich jako o zespole niekomercyjnym, który dalej może być szanowany przez niszowców świata.

To są fakty. Fakty również są takie, że Sigury grały półtorej godziny, dały koncert dla mnie najlepszy w historii nie tylko tego Open’era, ale i w ogóle w historii tego festiwalu. Emocjonalnie najbardziej rozjebujący. I co cieszy, fakt jest również taki, że to właśnie oni byli jak na razie najdłużej oklaskiwani na tym festiwalu. Na tyle długo, że zespół musiał dwa razy wychodzić się kłaniać publice. A w tle wizual z napisem „Takk” — czyli jednocześnie tytuł ostatniego albumu, ale przede wszystkim w tym kontekście po islandzku „dziękuję”. Piękny moment. Jeden z Koncertów Życia. Chyba na równi z Toolem.

Pół godziny przerwy. Na scenie wmontowane już neonowe nożyczki. Wiadomo o co chodzi. Ostatnia gwiazda tego wieczoru na dużej scenie — nowojorczycy ze Scissor Sisters. Czyli teraz czas na dyskotekę. Perkusja, bas, gitara, klawisze i dwa wokale płci różnej. Pan w stylu zarówno wizualnym, jak i wokalnym jak młody George Michael. Pani — bardzo mile wyglądająca. I muzyka. Przyznam, że gdy pierwszy raz usłyszałem ich wersję „Comfortably Numb” Pink Floydów, odrzuciło mnie. Herezja! Ale okazało się, że tak nie można. Trza wpasować się w klimat. A gdy się już wpasujesz, to odkryjesz, że pomimo skromnego dwupłytowego dorobku to nie jest zespół jednego hitu (cudzego dodatkowo), ale zespół z własnym stylem, nie tylko muzycznym. Kapitalna mieszanka przebojowości popu z posmakiem disco i energią rocka. Nie spoko, a wręcz wow! Szaleństwo muzyczne, wykańczający bounce i pieprzne dialogi z publiką. Kto by się spodziewał, że to właśnie oni okażą się największymi gadułami festiwalu? Ja przynajmniej nie. A tu proszę. Nie tylko „dziękują Polska”, ale też „czy chcecze tanczycz?” i „do roboty!”. Komentarz odnośnie Sigur Rós („my też lubimy Pink Floyd”). Gadki o mężczyznach na plaży z wielkimi, WIELKIMI… kiełbasami. I jeszcze wiele innych mniej lub bardziej pieprznych gadek, na których by brakowało miejsca. Zachowanie na scenie również pieprzne. Spank me! Jestem baaaaaaardzo pozytywnie zaskoczony. Teraz już nie dziwi, dlaczego ludzie się zachwycają. Teraz już na pewno nie żałuję wyboru Nożyczkowych Sióstr nad Coldcutem. A tym bardziej nad Ladytron. „Cause you’re filthy and I’m gorgeous!”

Niemniej na podsumowanie — najlepszy koncert w temacie tegorocznego Open’era i Open’erów wszystkich — SIGUR RÓS. Ale i Franzów, Skin i Scissorów warto było sprawdzić. Nawet bez Sigurów byłby to chyba najlepszy dzień festiwalu. Wiadomo — rock, that it’s all ’bout.

 

najlepszy moment: SIGUR ROS – NY BATTERI

ocena: 9/10