rageman.pl
Film

Ona

rok: 2013

reżyseria: Spike Jonze

 

Przerywamy opowieść o De La Soul. Sprawa jest poważna – otóż mamy tu do czynienia z dziełem, które przywróciło mi wiarę w sens oglądania filmów.

No dobrze, po prawdzie proces mojego przekonywania się do X Muzy trwa już jakiś czas. Choć Muzyka zawsze będzie na szczycie mojej Listy Wszystkiego, w jednej kwestii Film ma nad nią dość istotną przewagę. Z braku lepszego określenia nazwijmy to pomoc w zrozumieniu otaczającej nas rzeczywistości. Muzyka sprzyja w konfrontowaniu się z nią, daje ku temu siłę, co jest dla mnie rzeczą nie do przecenienia. Oczywiście są artyści pokroju Dylana, którzy w swoich „liryksach” dzielą się swoją wiedzą o świecie, przez co i słuchacz trochę mądrzeje. I z drugiej strony – spora część filmów to czysta rozrywka, eskapizm. I spoko, też to lubię. Kiedy jednak już od święta odwiedzę kiną (tudzież odpalam DVD), mam nadzieję, że to co zobaczę nie tylko mnie poruszy, ale pozwoli zobaczyć więcej także po oderwaniu oczu od ekranu. W tym kontekście „Ona” spełnia swe zadanie w stu procentach.

O czym „Ona” jest? Cóż, skrót fabuły mówi jeszcze mniej niż klasyfikacja gatunkowa (według imdb.com: komedia, dramat, science-fiction). Stwierdzenie, iż jest to film o facecie, który zakochuje się w systemie operacyjnym swego komputera/telefonu  trudno podważyć. Jednak jest to tak potężne spłycenie tematu, że aż graniczące z przekłamaniem. A zarazem piękną zaletą tego filmu jest to, że własnych interpretacji może tu być bez liku.

Wypadałoby jednak rzeczywiście w recenzji filmu choć trochę opowiedzieć o przedstawionej historii, więc miejmy to z głowy. Przyszłość – być może niedaleka, a być może nie tak zaawansowana technologicznie, jaką byśmy chcieli widzieć my sami oraz twórcy filmowi. Teoretycznie wszystko wygląda znajomo, ale jest inaczej. Telefony komórkowe są jeszcze bardziej inteligentne, gry komputerowe wyglądają jeszcze bardziej okazale, a ludzie jeszcze bardziej w tym wszystkim zagubieni. Główny bohater filmu, Theodore (Joaquin Phoenix) jest niejako produktem swoich czasów – z jednej strony pracuje jako autor „romantycznych listów na zamówienie”, co siłą rzeczy świadczy o jego wysoce rozwiniętym człowieczeństwie i wrażliwości. Z drugiej zaś strony ucieka od targających nim uczuć (głównie związanych z trwającą sprawą rozwodową) we wszystkie zabawki, jakie oferuje wspomniana nowoczesna technologia. Pewnego razu skuszony reklamą instaluje system operacyjny – rewolucyjny o tyle, że sztuczna inteligencja w nim zawarta jest na tyle zaawansowana, że jest zdolna do samodzielnego rozwoju i adaptacji. Innymi słowy – najprawdziwszy mózg w maszynie. Na dodatek dysponujący głosem Scarlett Johansson, a jak z czasem się okazuje – także zdolny do uczuć.

I znów – o czym jest ten film? Science-fictionowa rozprawka o zagrożeniach związanych z rozwojem technologicznym? O kondycji współczesnego społeczeństwa (jak zostało wspomniane – to przedstawione w filmie niewiele różni się od tego z 2014 roku)? O miłości-bez-granic? Albo wręcz przeciwnie – o przewadze miłości międzyludzkiej, choć dalekiej od doskonałości, nad „wirtualną”? O samotności? O tym wszystkim i o jeszcze wielu innych rzeczach? Najkrótsza odpowiedź brzmi: tak. Bardziej rozwinięta: zależy od tego, co chcemy widzieć w tym filmie. Albo inaczej – od tego, na ile mamy rozwiniętą sferę uczuciową. Punkt widzenia zależy od punktu odczuwania – dotyczy to nie tylko filmu jako nośnik przesłania, ale także przedstawionego rozwoju wydarzeń. Niezależnie od tego jedno jest pewne – to jeden z najpiękniejszych traktatów o miłości, jakie widziałem od dawna.

Tu trzeba od razu zaznaczyć jedną rzecz, zwłaszcza tym zrażonym powyższym akapitem. Tematyka „Her” powierzona w jakiekolwiek inne ręce reżysersko-scenariuszowe prawdopodobnie zamieniłby się w niezjadliwego, romantycznego-sentymentalnego zakalce. Ale nie w rękach Spike Jonze’a. Nie padam przed magią nazwisk, ale w tym przypadku naprawdę widać, że poruszamy się na zupełnie innym poziomie artystycznym niż przeważająca większość filmów z Miłością na pierwszym planie. Abstrahując od faktu, że taki kontekst jak w „Her” mógł zrodzić się tylko w głowie autora tak pojechanego filmu jak „Być jak John Malkovich” – Jonze to twórca na tyle „cool”, że wierzę, iż nawet ekranizując którąś z książek Coelho nie zatraciłby swego trademarkowego luzu, humoru i dystansu. Oczywiście kto będzie chciał cynicznie wyśmiać „Her” temu się to najprawdopodobniej uda. Jestem jednak przekonany, że nawet twórca „Adaptacji” musiał dojść do wniosku, że mówiąc o Miłości nie da się uniknąć takich czynników jak patos, pretensjonalność, może nawet banał. Można co najwyżej zminimalizować ich zawartość. I to się Jonze’owi w moim mniemaniu udało. Starając się znaleźć film, który potrafił mówić o podobnej tematyce w równie wyważony, delikatny sposób, przyszło mi do głowy jedynie „Między Słowami”. Ale nawet w tym przypadku Coppola miała łatwiej, na pierwszy plan dając jednak Samotność, a nie Miłość.

Pewien mądry człowiek powiedział, że cynizm to serce ze znakiem ujemnym. Jeszcze inny – że to strategia obrony przed rzeczywistością. Proszę, nie brońcie się przed „Nią”, bo odrzucając ją ze względu na tematykę i to, jak została ona rozwinięta (a przecież nawet Wam jest ona bliska, wy mali cyniczni szydercy), ominie Was jeden z najpiękniejszych filmów przynajmniej tego sezonu. Najpiękniejszych wizualnie, dźwiękowo (Arcade Fire – jakże piękna, minimalistyczna odmiana po rozbuchanym „Reflektorze”!) treściowo, emocjonalnie. Nie wiem, czy za to daje się Oscary, na pewno jednak dzięki temu załapuje się do szufladki z Filmami Życia.

 

najlepszy moment: –

ocena: 9,25/10

Leave a Reply