To Wina Hajsu Cz. I + II
reżyseria: King Luu
Puk puk, jest tam kto? No cóż, tak dramatycznej sytuacji jeszcze ten blog nie przerabiał. Rzutem na taśmę uda się chociaż jedną notkę w tym miesiącu wrzucić. Nie ma co ukrywać – kilka znaczących zmian w życiu natury osobistej, zawodowej i geograficznej (innymi słowy – wywiało mnie z Gdańska w pogoni za szczęściem i lepszej jakości życiem) spowodowało, że te 24 godziny minus czas na sen trzeba było inaczej zagospodarować i w ten sposób pisanie na blogu spadło w hierarchii codziennych zajęć. Cały czas powtarzam sobie, że to chwilowa sytuacja i wszystko wróci do normy (czyli przynajmniej kilku notek tygodniowo), bo to już nawet nie chodzi o to, że czasu na blogowanie nie mam – nie mam czasu na jakikolwiek kontakt ze Sztuką. Szczęście w nieszczęściu, że mimo wszystko nie mam poczucia zmarnowanego czasu – nie przerzuciłem się na wylegiwanie się przed telewizorem czy kilkugodzinne sesje z pasjansem na kompie. Ale może o tym innym razem.
W każdym bądź razie ten comeback zawdzięczam festiwalowi Afrykamera, który odbywa się w całej Polsce, a w głównej mierze w zamieszkiwanej aktualnie przeze mnie stolicy. Nigdy nie byłem szczególnym pasjonatą kontynentu afrykańskiego, ale fakt zaangażowania w organizację tego eventu moich bliskich znajomych stanowił jakiś tam argument, by spróbować czegoś innego niż oferta multipleksów. Ostatecznym wabikiem okazał się opis filmu, na który padł nasz wybór – „hiphopowy musical w ghanijskiej odmianie języka angielskiego”. Czyli banalnie nie będzie.
A jak było? Hmmmm, do dzisiaj nie wiem, choć od seansu minęło kilka dni. Gdyby rozczłonkować ocenę na poszczególne parametry, to na pewno w kategorii „oryginalność” spokojnie możemy pokusić się o maxa. Czegoś takiego w życiu na pewno nie widziałem, a co najważniejsze – nawet jeśli pominąć aspekt afrykański. Filmów muzycznych na świecie sporo, ale ile jest takich, gdzie non stop wybrzmiewa hiphop, a co więcej – nie ma ani jednej normalnej linijki dialogu? Tu trzeba naprawdę oddać duetowi z Fokn Bois, będących głównymi bohaterami filmu, że jednak tę oś fabularną udało się zarysować. Może i ledwo widoczna, może i naciągana, ale przy stuprocentowym natężeniu muzyki to naprawdę jest osiągnięcie.
Z drugiej jednak strony – problem z tym filmem polega w głównej mierze na proporcjach. Co jest o tyle paradoksalne, iż twórczość muzyczna zespołu, będąca nie tyle esensją filmu, co jego jedyną zawartością, stoi na naprawdę wysokim poziomie, mile łechtającym truskulowe gusta, a zarazem ze sporą dawko regałowej melodyjności. Mimo to trzeba nazywać się The Beatles, by film oparty na samych piosenkach wciągał od początku do końca. Być może to kwestia pierwszego kontaktu i dla fanów otrzaskanych w dyskografii zespołu takie dzieło to miód na serce. Tudzież być mocno zafascynowanym afrykańskim klimatem. Dla mnie, nie spełniającego obu tych warunków, całość była tyle intrygująca smakowo, co jednak ciężkostrawna. Zwłaszcza, iż humor, mocno absurdalny w „hiphopowy” sposób, też nie pomagał w przyswajaniu filmu (chyba że wcześniej wspomogło się jakimiś środkami – niektóre wytwory kulturalne po prostu tak mają).
Trzeba też zaznaczyć, iż mówimy tutaj o dwóch filmach, które dzieli trzyletnia różnica czasu. Nie ma sensu specjalnie rozdzielać oceny, niemniej jakościowo sequel różni się od poprzednika. W dobry, ale niestety też i zły sposób. O ile wizualnie i muzycznie widać znaczny progres, tak „miodność” całości zdecydowanie pikuje w dół. Oryginał z 2010 trwa około 45 minut, co jest czasem akuratnym – by nie tylko nie zanudzić widza, ale też przekonać go, że rzeczywiście opowiadamy jakąś historię. W przypadku sequela niestety momentami czas dłuży się niemiłosiernie – o tym, że panom ewidentnie brakowało pomysłu na zespojenie całości świadczy ostatnia scena. Nie zdradzając zanadto – ktoś powie, że mamy tu do czynienia z otwartą na trzecią część furtką, ale jest to postrzeganie wyjątkowo życzliwe.
Mimo wszystko – zobaczyłbym taki „Part 3”, jeśli by powstał. Być może chłopaki poza rymowaniem potrafią też wyciągać wnioski i jeśli wyeliminowaliby grzechy obu produkcji, jednocześnie podkręcając potencjał w nich zawarty, to kto wie, może mielibyśmy do czynienia z hitem, który mógłby powalczyć o publikę multipleksową.
Szczerze tego życzę, tym bardziej, iż sami Fokn Bois okazali się przesympatycznymi kolesiami. A wnioskuję to zarówno na podstawie pogadanki po seansie (inna sprawa, że pytania publiki nie były zanadto frapujące), jak i koncertu, jaki panowie zagrali w niedzielę w dokonującym żywota Powiększeniu. Niestety dużo z tego występu nie miałem, ale tyle ile zobaczyłem wystarczyło, by nazwę Fokn Bois już na stałe zarejestrować w pamięci. No i zawsze to ciekawe doświadczenie zobaczyć Afrykańczyka w lokalnych ciuchach spacerującego boso po mokrej od deszczu Warszawie.
najlepszy moment: wizyta w „restauracji”
ocena: 7,75/10
