Obsesja
reżyseria: Todd Haynes
Patologie seksualno-emocjonalne można w filmie pokazywać na różne sposoby. Np. w polskich „Głupcach” wybrano drogę totalnego dramatu z niemalże dosłownym rozdzieraniem szat i atmosferą ciężką jak karawana słoni. Można też spróbować opowiedzieć o bądź co bądź piekielnie trudnym temacie w formie komediodramatu. Taki kierunek obrał Todd Haynes (m.in. „I’m Not Here”) w „Obsesji”. I wyszedł mu polaryzujący opinie dziwoląg.
Rzecz dzieje się w Savannah, Georgia, Stany Zjednoczone. Aktorka Elizabeth (Natalie Portman) przyjeżdza do Gracie (Julianne Moore), czyli kobiety którą ma zagrać w kolejnym filmie, opartym na jej własnej historii. Historii, która swego czasu poruszyła cały kraj – 36-letnia wówczas Gracie została przyłapana na uprawianiu seksu z 13-letnim Joe, klasowym kolegą swojego syna. Oczywiście trafiła za to na lata do więzienia, co bynajmniej nie storpedowało tego „romansu” – w więzieniu urodziła syna chłopca, a po wyjściu na wolność pobrali się. Jak na profesjonalną aktorkę przystało, Elizabeth przeprowadza research który pozwoli jej zrozumieć i wczuć się w swoją bohaterkę. Dlatego też postanawia „zadomowić” się w życiu Gracie i jej rodziny – z czasem jednak z biernej obserwatorki staje się coraz bardziej aktywną uczestniczką wydarzeń, co oczywiście nie prowadzi do niczego dobrego.
Na pewno nie można odmówić „Obsesji” wielopłaszczyznowości – bo rzeczywiście każdy może widzieć w tym filmie co innego, w zależności w kim upatruje głównego bohatera filmu. Patrząc przez pryzmat postaci Elizabeth jest tutaj jakaś podszyta czarnym humorem refleksja na temat granicy dzielącej research, rozgryzienie osoby którą ma się odegrać w filmie oraz, jak sam polski tytuł sugeruje, obsesję. Ale też – jak bardzo można wejść w czyjeś życie w celu jego zrozumienia i zarazem jak potem wrócić na ścieżkę która pozwoli obiektywnie tę osobę odegrać?
Film przybiera znacznie cięższego kalibru kiedy uświadomimy sobie, że głównym tematem filmu jest pedofilia. Oczywiście nigdy nie jest ona nazwana po imieniu, zwłaszcza przez Gracie – dla niej od początku historia relacji z Joe to historia Wielkiej Miłości, wbrew wszelkim przeciwnościom. I to, że założyli, wydawałoby się, szczęśliwie funkcjonującą rodzinę, zdawałoby się potwierdzać tę perspektywę. A jednak jest coś, co całkowicie zadaje kłam tej ocenie wydarzeń.
A raczej ktoś. I choć film zapowiadał się – i de facto też nim jest – na aktorski pojedynek Portman z Moore, to prawdziwym zwycięzcą tego pojedynku jest Charles Melton. Który jako aktor wygrywa, choć postać którą odgrywa – Joe – jest największym przegranym historii tu przedstawionej. Ofiara gwałtu, która – wciąż nie do końca rozumiejąc wydarzeń ktorych jest uczestnikiem – zostaje pozbawiony dzieciństwa i rzucony na głęboką wodę dorosłości i to w jej najwyższym stadium, jako ojciec dziecka, samemu będąc wciąż dzieckiem. Kapitalnie Melton gra tę postać, balansując między odpowiedzialną głową rodziny a dzieckiem w ciele dorosłego, który wciąż nie do końca zrozumiał co go spotkało. Jak ta rola nie została nagrodzona Oscarem, nie wiem.
Czy poza aktorskimi kreacjami „Obsesja” jest materiałem oscarowym? Tu niestety mam z tym problem. Wiem że „bo nie” nie jest najlepszym argumentem świata, ale trudno mi uzasadnić dlaczego ten film mnie nie porwał, skoro „na papierze” ma wszystko czego trzeba. W pewnym momencie przyłapałem się, że nie oglądam tego filmu dla rozwoju wydarzeń – i dziś nawet nie do końca pamiętam jak się perypetie głównych bohaterów zakończyły – ale dla podziwiania gry aktorskiej Meltona, Moore i Portman. Brakuje mi w tym filmie czegoś, co by rzeczywiście wstrząsnęło widzem, jakiegoś wyraźnego clou, tym bardziej że jego tematyka wręcz się o to prosi. Oczywiście mam świadomość, że niektórzy w tym będą upatrywać wielkości filmu – w tym braku przegięcia, budowaniu klimatu w stonowany sposób. Co kto lubi, dlatego mimo wszystko zachęcam do obejrzenia, by wyrobić sobie własną opinię.
najlepszy moment: każdy z udziałem Charlesa Meltona, w szczególności w ostatnim akcie filmu
ocena: 7,75/10
