rageman.pl
Film

Apetyt na więcej. La Cocina

rok: 2024

reżyseria: Alonso Ruizpalacios

 

Nie ma co ukrywać, recenzowanie obejrzanych na zeszłorocznych Dwóch Brzegach filmów trochę się przedłużyło w czasie. Cóż, żyćko. Ale w przypadku omawianego dziś dzieła ta obsuwa zadziałała na jego korzyść. Wciąż waham się, czy dobra sztuka powinna bronić się bez kontekstu – ja osobiście lubię wiedzieć, co artystą kierowało, w jakim miejscu życiowym się znajdował lub jak przebiegał proces twórczy. W przypadku „La cociny” kontekst który kazał mi zmienić trochę perspektywę nie ma nic wspólnego z powyższymi – ma natomiast z… polityką. Jedną z pierwszych decyzji ponownie obejmującego urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych jest deportowanie nielegalnych imigrantów. Nie chcę tu wchodzić w rozważania na ten temat, bo nie o tym jest ten wpis. Ale trzeba być wyjątkowo naiwnym by nie dostrzegać, jak potężny może mieć to wpływ na Stany Zjednoczone, nie tylko od strony ekonomicznej. Powiedzmy sobie wprost – czy to się Trumpowi i jego zwolennikom podoba czy nie, nielegalni imigranci współbudowali ten kraj i stanowią jeden z jego dzisiejszych fundamentów.

I po części właśnie o tym jest „La cocina”, wyreżyserowana przez reżysera meksykańskiego pochodzenia, Alonso Ruizpalaciosa. O tych, którzy mało legalnym, ale jak najbardziej ciężkim zapierdolem napędzają gospodarkę amerykańską. Wybór restauracji jako miejsce akcji zdecydowanie nie było przypadkiem – bo tutaj w pełni widać podziały rasowe, na których oparte są branże usługowe, nie tylko w Stanach zresztą. W podziemiach wykwintnej restauracji na nowojorskim Manhattanie pracują kucharze reprezentujący rozmaite mniejszości etniczne – głównie Latynosi, ale też Arabowie czy Azjaci. Mają praktycznie zerowy kontakt z tymi, dla których gotują – od dostarczania posiłków są kelnerki, nieprzypadkowo w zdecydowanej większości białoskóre. Nad tym wszystkim panuje szef kuchni o mentalności wojskowego oraz Rashid – właściciel, którego podstawową metodą motywacji pracowników jest obietnica pomocy w zalegalizowaniu ich pobytu w USA.

Jest tu i wątek romantyczny, którego głównymi bohaterami są Pedro (kucharz) i Julia (kelnerka). Jak można się jedna domyśleć, jest to relacja z gatunku tych trudnych – tak ze względu na różnice rasowe, jak i charakterologiczne. Romans jest napędzany przede wszystkim snuciem marzeń o wspólnej ucieczce – przy czym przoduje w tym przede wszystkim Pedro, posiadający zdecydowanie większy pierwiastek szaleństwa w sobie. Szaleństwa, które w połączeniu z frustracją warunkami w których przyszło mu pracować stanowi gotowy, nomen omen, przepis na tragedię.

Jednym z haseł wykorzystywanych w promocji filmu jest „The Bear na sterydach”, co według mnie stanowi dość grubą przesadę. Owszem, sama praca w kuchni jest ukazana jak najbardziej dynamicznie. Ale te fragmenty są rozwodnione przez całą, dość powolnie toczącą się resztę filmu. „La cocina” to kolejny film po którym jak na dłoni widać jego teatralny rodowód – całość jest oparta przede wszystkim na dialogach prowadzonych w limitowanej liczbie pomieszczeń. Nie chcę oceniać czy to wada czy nie – ta konwencja „teatru telewizji” ma swoich wielbicieli. Mnie osobiście to nie porwało, choć jak wspomniałem na początku – teraz o wiele cieplej myślę o tym filmie niż po wyjściu z seansu.

Nie ukrywam też, że tym co niebotycznie mi przeszkadzało w tym filmie to sama postać Pedro. Mówiąc kolokwialnie – zwyczajnie nie lubię takich cwaniaków. Przypuszczam że połączenie latynoskiej urody z porywczością miało dać efekt łobuza których kocha najbardziej, ale ja tej postaci zwyczajnie nie kupiłem i nawet jeśli była motorem napędowym wydarzeń w filmie, to o wiele bardziej wolałbym oglądać postaci drugiego planu.

Już kilka razy to pisałem przy poprzednich recenzjach, powtórzę i tutaj – w generalnej skali, obejmującej zarówno ofertę multipleksów jak i kino artystyczne, to „La cocina” jest zdecydowanie warta uwagi. Ale na maratonach festiwalowych są zwyczajnie jeszcze lepsze filmy.

 

najlepszy moment: finał

ocena: 7,75/10

Leave a Reply