Nosowska – Sushi
wydawca: Mercury
trzecia plyta. rok 2000. w tym przypadku kontekst historyczny nie jest juz taki wazny. po prostu, kasia chciala nagrac kolejna solowa plyte. a ze w tym czasie hey przechodzil kryzys spowodowany odejsciem banacha? nie ma wplywu na dzialanosc solowa nosowskiej, bo i tak od drugiej plyty komponowal dla niej glownie andrzej smolik.
to ze komponowal zreszta, to malo powiedziane. prawda jest taka, ze „sushi” mogloby rownie dobrze uchodzic za jego autorski album. jest tu wszystko z czego ten pan jest znany i lubiany (jak rowniez i nielubiany). konglomerat tego co najciekawsze w zachodniej elektronice. the orb, chemical brothers, morcheeba, prodigy. trip hop, d’n’b, techno, dance. tak wlasnie, dance. to juz nie jest niepokojacy, industrialny wrecz w wymowie „puk puk”. taki weejtewelvogel ze swym tanecznym beatem moglby spokojnie rozruszac niejedna potancowke. no, bardziej typu sfinks niz morenka.
uzywanie takich sformulowan jak „potancowka” mogloby sugerowac, ze nosowska sie sprzedala, ze poszla w disco czy cos. nic bardziej mylnego. wrecz przeciwnie – bez watpienia jest to najambitniejszy album nosowskiej. to ze nosowska nigdy cisnienia na tworzenie przebojow nie miala dalo sie slyszec od poczatku jej solowych poszukiwan. ale na „sushu” pod tym wzgledem przeszla sama siebie. wlasciwie tylko optwierajacy album „keskese” ma wyrazna formule zwrotka-refren i charakterystyczniejsza linie melodyczna. przy okazji jest to najlepszy numer na plycie. swietny, dosadny tekst i ujmujacy refren. chyba nie tylko ze wzgledu na fakt, iz rzecz wytypowano na singiel, na koncu albumu mamy ten sam numer w lekko zmodyfikowanej wersji. powstal naprawde jeden z najlepszych numerow w dyskografii kasi.
czy tak wyrozniajacy sie innoscia numer na poczatku albumu nie jest zmylka? niekoniecznie. bo juz w tym numerze mamy zapowiedz tego co bedzie sie dzialo dalej. a bedziemy mieli do czynienia z aranzacyjno-brzmieniowym odlotem i to po calej linii, bez trzymania sie melodyjnego gruntu. moze nie tyle ze unika sie tej melodii. czasem wyplywa ona niesmialo, jak w „tfu” (swoja droga, pod wzgledem abstrakcyjnosci tytulow tutaj nosowska przeszla tez sama siebie). ale przewaznie jednak chodzi o to, by dzialo sie jak najwiecej i jak najciekawiej w podkladach. elektroniczna produkcja to jedno. ale rownie wazny jest udzial gosci. a tych znow nosowska dobrala sobie wybornych. wszedobylski drummer przemek mamot, tutaj rowniez poza pokreconymi perkusjonaliami odpowiedzialny za produkcje tytulowego kawalka. niejaki anthony neale napial tekst do electrified. mamy i legendy alternatywy: mikolaj trzaska tu i owdzie daje glos saksofonem tudziez klarnetem basowym, a robert brylewski daje glos wlasnym glosem i klawiszami. szkoda ze jednak udzial tego ostatniego nie jest jakos bardziej slyszalny… pojawia sie rowniez pawel krawczyk, wtedy jeszcze bez etatu w Hey. on jest glownie odpowiedzialny za kawalek „grooby”, ktory przy ciut mniejszym elektronicznym musnieciu moglby spokojnie znalezc sie na ktoryms z albumow hey’a powstalym w krawczykowej erze.
ale jak juz rzeklo sie wczesniej, to przede wszystkim smolik dominuje na tym albumie. i kto wie, czy nawet nie wiekszy jego wklad w ten album od nosowskiej. dosc powiedziec, ze 4 kawalki (czyli 1/3 albumu) to numery niemal instrumentalne, gdzie wokal kasi jest wykorzystany instrumentalnie. dodac to tego jeden cudzy tekst i wspomniany remix keskese i wychodzi na to, ze tym razem kasiunia odpuscila sobie, piszac teksty do zaledwie polowy albumu. moze. ale chcialbym sobie, by kazdy teksciarz przy odpuszczaniu sobie pisal takie teksty jak te ktore sie znajduja na tym krazku. poza keskese najwieksze robi wrazenie drugi w kolejnosci przebijsnieg, gdzie mamy do czynienia z ironicznym autoportretem gwiazdki polskiego szoubizu, lansujacej sie na orient. no, swego czasu duzo gwiazdek rodzimej sceny wyglupialo sie w ten sposob, chwalac sie wycieczkami do indii itepe po roznych gazetkach typu Gala. teraz indie zastapil parkiet do tanca i lodowisko.
najlepszy moment: KESKESE
ocena: 6,5/10

