To Nie Jest Kraj Dla Starych Ludzi
reżyseria: Joel Coen, Ethan Coen
Jaki jest wasz ulubiony reżyser? Zazwyczaj w dyskusjach i na lansiarskich profilach w necie przewijają się jako odpowiedź na owo pytanie takie nazwiska jak Tarantino, Lynch, Jarmusch, Scorsese, Almodóvar. Bardziej patriotycznie nastawieni dorzucają Kieślowskiego i Polańskiego, bardziej historycznie: Bergmana czy Felliniego. Ci co jeszcze nie wyrośli z bajek zapewne zarzucą jeszcze nazwiskiem Spielberga. Oczywiście tych nazwisk jest ciut więcej, jednak mam wrażenie, że prawie nigdy nie pojawia się nazwisko Coen. Choć każdy kojarzy i przeważnie pochwali „Fargo”. A przecież to też utytułowani reżyserzy (bo mówimy o braciach: Joelu i Ethanie Coen). Czemu więc jest tak jak napisałem? Przyczyn upatruję w dwóch czynnikach. Po pierwsze: pomimo stale przewijających się wątków, ich styl nie jest tak oryginalny jak w przypadku wcześniej wymienionych panów. Owszem, przeważnie jest groteska i makabra, nierzadko absurd, które wplecione w szare, zwyczajne do bólu realia mają na celu szokować widza, ale to chyba za mało. Chciałoby się powiedzieć, że najwyraźniejszym wspólnym mianownikiem więc pozostaje wysoka jakość ich filmów. Niestety tak nie jest. Bo o ile znajdziemy w ich twórczości filmy wybitne jak „Barton Fink” czy „Fargo” oraz filmy bardzo dobre jak „Big Lebowski” czy „Bracie, gdzie jesteś?” (akurat to bardzo subiektywna opinia, bo wiem że ten ostatni to średnio jest oceniany), tak zdarzały się im filmy zwyczajnie nijakie lub kiszki jak „Okrucieństwo nie do przyjęcia” czy „Ladykillers, czyli zabójczy kwintet”. Akurat te dwa ostatnie to najświeższe filmy tych panów, więc nowy film nie mógł być niczym innym jak triumfalnym powrotem do formy. I rzeczywiście, tym jest „To nie jest kraj dla starych ludzi”.
A nawet czymś więcej.
Uwaga, będzie rozkmina treści filmu, być może nawet z lekkim spoilerowaniem, więc niech nie każdy czyta.
Otóż osią filmu jest pojedynek między trzema, w porywach do czterech, kolesiami. Moss, który znajduje walizkę z dwoma milionami dolarów. Chigurh – psychol morderca, który chce te dwa miliony dolarów odzyskać. Bell, szeryf który chce uchronić Mossa i jednocześnie złapać Chigurha. Pojawia się jeszcze Wells, inny płatny killer, który ma upolować Chigurha. Zawile? Nie, proste jak światopogląd Czesi z „Klanu”. Problem w tym, że ten pojedynek to jedynie kręgosłup tego filmu, wątek trzymający film w ryzach, pozwalający mówić o jakiejś treści. A miesiwem filmu jest obraz beznadziei i przypadkowości losów ludzkich. Podejście widza ukształtowane przez dekady filmografii jest niezwykle proste, wręcz banalne. Oczekujemy walki dobra ze złem, gdzie pomimo pewnych przeciwności to pierwsze zawsze zwycięży. Mamy ściśle określone kryteria co do tego, które drugoplanowe postaci mają zginąć. Przy tym, o zgrozo, nie dopuszczamy myśli, że znany i lubiany aktor, po którym oczekujemy dłuższego opisu na ekranie, po paru minutach zginie. Przede wszystkim zaś – nie dopuszczamy przypadkowości. Wszystko ma być podporządkowane ciągowi przyczynowo-skutkowemu. W tym kontekście film Coenów jest jedną wielką szyderą z widza, na dodatek osadzoną w stylistyce westernowej – czyli gatunku, w którym jak w żadnym innym schematy są aż nadto widoczne.
Dramat egzystencjalny opakowany w stylistykę westernową. Dobrze to sobie Coenowie obmyślili. Chociaż jeśli się dobrze zastanowić, to przecież „Fargo” też był obrazem beznadziei i przewrotnej kruchości życia ludzkiego. Powtarzają się? Skądże. Memento mori, wciąż to trzeba przypominać. A jeśli robi się to w tak wybornej formie… No nie mam zastrzeżeń.
Jedyną bolączką tego filmu jest to, że… nie miałem wrażenia obcowania z najlepszym filmem roku. O tym czy tak jest na pewno, przekonamy się już dziś przy okazji transmisji Oscarów 2008 (a właściwie przekonają się abonenci Canal+, pozdrawiamy jak zwykle TVP!). Ale największa ilość nominacji niby o czymś świadczy. Tak samo nie wiem, czy rola Javiera Bardema (Chigurh) zasługuje na Oscara. Dla mnie to przede wszystkim świetnie obsadzona rola, bo ten koleś jest twarzowcem jakim mało (a jeszcze ta fryzurka…). Ale czy sam on zrobił coś z tą rolą więcej niż było to w scenariuszu? Wątpliwości mam. Choć aktorsko to ten film to ekstraklasa. Tommy Lee Jones, Woody Harrelson, no i nie tak opatrzony jeszcze Josh Brolin. Przypominają się takie filmy jak „Gorączka” czy „Ścigany”. Też jedne wielkie pojedynki, aktorów i granych przezeń postaci. Tylko że tam nie mieliśmy do czynienia z tym drugim dnem, dla którego co najmniej powinno się obejrzeć „To nie jest kraj dla starych ludzi”.
najlepszy moment: ORZEŁ CZY RESZKA?
ocena: 7,5/10
