rageman.pl
Muzyka

Nosowska – puk.puk

rok wydania: 1996

wydawca: Polygram

 

W ramach tego, że ostatnio znów odżyła moja miłość absolutna do Kasi Nosowskiej, opowiem wam co nieco o jej debiucie solowym. Tym bardziej, że tym razem miałem okazję skonfrontować się z ową płytą na ultrawyjebongowyczesanym sprzęcie Kozłowskiego seniora. Dobrze jest mieć ojca melomana i audiofila.

Płyta „puk.puk” pochodzi z roku ’96. Kontekst historyczny? Jak najbardziej znaczący. W skali mikro – Hey wciąż na topie, kolejna świetna płyta „?”. Absolutny top artystyczno-komercyjny to często okoliczność, która prowokuje artystę do zmierzenia się na innych polach. Przeważnie, jeśli nagrywa w zespole – z solową działalnością. Nie inaczej było z wokalistką Heya. A skala makro – świat pada na kolana przed trip hopem, elektronika wchodzi na salony. Również i polskie. Dotarła również do domostwa pani Kasi. I wdarła się na jej solową płytę.

Z dzisiejszej perspektywy, kiedy Nosowska dała się poznać jako wszechstronna artystka, co to żadnej muzy się nie boi, materiał z „puk.puk” nie dziwi. Ale w czasie wydania to musiał być szok. Dziewoja z zespołu wybitnie rockowego, która pretendowała do miana „polskiego żeńskiego Veddera”, nagrywa taką płytę, gdzie rocka jak na lekarstwo? Ba, i czytanie listy płac też mogło być szokiem. Bo za muzykę był odpowiedzialny nie kto inny jak Piotr Banach. Czyli nie tylko rock, nie tylko reggae, ale i elektronika. Wszechstronny chłopaczyna.

Na dwanaście kawałków za siedem odpowiada Banach. Za trzy – Andrzej Smolik, wtedy jeszcze mało znany, głównie kojarzony z artystycznego flirtu z Robertem Gawlińskim (zresztą, trwającego do dziś). Dwa numery dołożył jeszcze Marcin Macuk – dziś Pogodno, choć wtedy kojarzony głównie jako historyczny pierwszy basista Heya. Proporcje z czasem się odwrócą – na kolejnych dwóch solówkach Nosowskiej będziemy mieli niemal całkowitą dominację Smolika, zaś najświeższy „Unisexblues” to już eksplozja talentu Macuka. Jednak dla mnie to właśnie debiut wciąż będzie tym naj dokonaniem Nosowskiej solo. Ba, być może nawet naj dokonaniem Nosowskiej w ogóle… I to głównie właśnie dzięki Banachowi. Największe killery tego albumu to właśnie jego kompozycje. A przy tym to właśnie on wykazuje się największą wszechstronnością z całej trójki kompozytorów. I ilość utworów nie ma tu znaczenia, bo u Banacha każdy numer jest niemal z innej bajki. Macuk zaproponował dwa numery mocno osadzone w brzmieniu triphopowym, z rejonów Portishead. Podobnie Smolik, choć słychać już własną inwencję, która rozwinie się w pełni na solowych albumach. Poza tym zamykająca album „Zofia” w finale to już rzecz niemal taneczna. Natomiast Banach w swoich numerach szaleje. Tak, to dobre określenie. Bo jak inaczej określić taki „O tobie?”, gdzie zwrotki to Ministry niemalże, a w refrenie nagle mamy reggae? Kompletne wariactwo, a przy okazji geniusz. Aranżacyjnie Banach wspina się tu na wyżyny. Bawi się dźwiękami jak podjarane dziecko z zabawkami w piaskownicy. I ani razu nie ma przypadku, by coś było „z czapy”. Zero niepotrzebnych dźwięków. A tego jest naprawdę sporo. Jungle rytmy w „O nas”, singlowym numerze. Saksofon w otwierającym płytę „Jeśli wiesz co chcę powiedzieć” – też zresztą klasyk, wykorzystany w zajebiście zapomnianym filmie Krauzego „Gry uliczne”. Metalowe pierdolnięcie w refrenie „Pani pasztetowej”, moim ulubionym numerze zresztą… Zastanawiające, że pomimo iż Nosowska otwarcie deklarowała fascynację Björk, nie słychać jej tu niemal w ogóle. Już prędzej Nine Inch Nails z bardziej stonowanych, neurotycznych kawałków. Zresztą, inna sprawa, że wokalnie Nosowska i Björk to dwie zupełnie inne bajki. Choć równie potężne. Choć pewnie oficjum to uzna za herezję, no bo kto się może równać do Björk.

Dwanaście numerów, każdy z nich mniej lub bardziej, ale jednak – arcydziełowaty. A jakby jeszcze tego było mało, to Nosowska osiąga tu apogeum literackich możliwości. Dla mnie to najlepsze liryki, jakie napisała kiedykolwiek. Ponoć w czasie pisania tej płyty (i tekstów) była w stanie błogosławionym. Może i przesadą byłoby stwierdzenie, że to słychać, ale faktem jest, że te teksty trzepią po głowie niczym mieszanka ogórka z jogurtem popita sokiem pomidorowym. Niby pełne poetyckich metafor, ale jednak bezpośrednie jak nigdy wcześniej ani później. Czysta golizna emocjonalna, generująca takie passusy jak „połykamy jak najprędzej sztuczny sen w niebieskiej polewie”.

Pamiętam, że miałem styczność z tym albumem już w czasie jej wydania. Dla dwunastoletniego chłopaka, który dzięki Blendersom i RATM wychodził dopiero z okresu katowania Dr. Albana i E-Rotic, album tak mroczny, ciężki, pełen emocjonalnej jazdy po bandzie, to był szok. Kolejne dwanaście lat później ta płyta dalej mnie fascynuje i siedzi mi w głowie. Dalej przechodzą mnie dreszcze przy słuchaniu tej płyty. No i co najbardziej znaczące – tak wtedy, jak i teraz, numery takie jak choćby tytułowy powodują u mnie niepokój czy wręcz uczucie strachu. A przecież przez te dwanaście lat przewinęło się sporo muzy, w tym i black metale, noisy itp.

Dla mnie płyta genialna. Jedna z najlepszych płyt na polskiej ziemi. Szkoda, że tak niedoceniana jednak. Emo elektro. Tak chyba by można nazwać tę płytę. Ładnie?

 

najlepszy moment: PANI PASZTETOWA

ocena: 9,5/10