Jabłka Adama
reżyseria: Anders Thomas Jensen
Chyba przerzucę się na ambitne filmy.
Nie no, a tak poważnie – coś ostatnio mam szczęście do naprawdę mocnych, by nie rzec pięknych, filmów. „Amores Perros”, teraz „Jabłka Adama”. Oba nie z USA, nawet nie z UK. Czy to ma znaczenie? Niby nie, ale może utwierdzić w przekonaniu, że najlepsze filmy powstają poza Hollywood.
Akurat dziś mamy do czynienia z duńskim kinem. Dania, Dania, Dania… Taki niepozorny niby kraj, nie sądzicie? Lego, Andersen, taka kapela Aqua była jeszcze… A, Lars von Trier. Chyba najsłynniejszy filmowiec z Danii. Ja mówię pass. „Przełamując fale”, „Tańcząc w ciemnościach” – ok, choć bez och ach. „Dogville” – krytyka kraju, w którym się nigdy nie było, to dla mnie z założenia skreśla dzieło. A dogma to chyba największa bzdura w dziejach kina, która skaziła jeszcze parę umysłów reżyserskich. I przez to jakoś niespecjalnie reagowałem entuzjastycznie na hasło „film z Danii”.
Aż tu nagle się pojawiły „Jabłka Adama”. I mogę powiedzieć, że jest to najlepszy duński film, jaki w życiu widziałem. Choć wiem, że na duńskiej kinematografii się znam jak Tadeusz Drozda na analnym humorze. Ale ten film naprawdę zasługuje na takie tytuły.
Pokrótce: pierwsza scena. Widzimy łysego kolesia ze słuszną posturą i wymownym tatuażem na ramieniu. To nasz główny bohater, neonazista Adam. W ramach resocjalizacji został zesłany na duńską wieś. A konkretnie na plebanię, na której rządy sprawuje pastor Ivan. Nasz drugi główny bohater. Opiekuje się osobnikami podobnie jak Adam skrzywionymi. Gwałciciel, alkoholik i obżartuch w jednym, samotna matka-alkoholiczka i Arab napadający na stacje (tylko Statoil) w ramach walki z amerykańskimi globalistami (nie chce uwierzyć, że Statoil jest norweski). Czyli freakowo. Choć największym freakiem okazuje się jednak pastor Ivan. Będący tak zaślepiony miłością do Boga, że posuwa się do okłamywania samego siebie. Samobójstwo żony tłumaczy tragicznym pomyleniem M&M-sów z pigułkami nasennymi, a całkowity paraliż syna przewlekłą grypą. Tak kuriozalnie gigantyczna wiara rozwściecza Adama, który postanawia złamać pastora.
Jak do mało którego filmu pasuje określenie „bajka o walce dobra ze złem”. Nie mając nic wspólnego z disneyowskimi cukierkami animowanymi. Bo to jest bajka – lekko, humorystycznie opowiedziana. Jest dobro w postaci Ivana i zło – Adam. Tak ewidentne, że aż przerysowane.
Tyle że humor tego filmu jest daleki od bajkowego. Bo jest to humor najczarniejszy, czarniejszy od afrykańskiego black metalu. A to, że mamy ewidentnie nakreślone dobro i zło i wiemy kto zwycięży (w końcu to bajka), nie oznacza, że będzie brakowało zaskoczeń.
Gdzieś czytałem, że ten film jest pokazywany na lekcjach religii. Jeśli tak, to warto pochwalić pomysł. Ale przede wszystkim odwagę. Bo ten film jest o wierze. Ale daleko mu do peanu na cześć wiary. A tym bardziej w Boga. Ba, wydaje mi się, że równie dobrze ten film mógłby się podobać ateistom, którzy też mogliby przywłaszczyć z tego filmu co nieco na poparcie swoich argumentów. Każdy może dostrzec w tym filmie co chce. Nie rozwiąże konfliktu, który jest nie do rozwiązania. Ale każda ze stron po obejrzeniu tego dzieła może czuć się pewniejsza w swej postawie. I to jest jego siła.
Mnie osobiście film umocnił w wierze. W cokolwiek. W siłę wyższą, w jakąś sprawiedliwość losów ludzkich, w równowagę, w uczucia. Bo właśnie dla mnie o tym jest ten film. Że po prostu trzeba w coś wierzyć. Nawet jeśli miałoby się przekraczać granice rozsądku. Nie można być racjonalistą do szpiku kości. A przynajmniej ja takiej postawy nie ogarniam.
Film do oglądania wielokrotnego. Niezależnie czy chce się umocnić wiarę, czy uśmiech na gębie. Już czuję, że będzie mógł ten film konkurować z „Twin Peaks”, jeśli chodzi o moją sympatię i częstotliwość oglądania.
A, i jeszcze jedno. Wykorzystanie w tym filmie „How Deep Is Your Love” Bee Geesów to geniusz porównywalny do The Doorsów w „Czasie apokalipsy” czy całokształt muzyki w „Forreście Gumpie”.
najlepszy moment: IVAN
ocena: 9,25/10

