rageman.pl
Muzyka

Hedfirst – Godforsaken

rok wydania: 2007

wydawca: Altart

 

czyli najnowsze wydawnictwo warszawiakow. zdecydowanie najlepsze.

nasuwa sie analogia z amerykanskim zespolem, co sie chimaira zowie. trzy plyty w molochu co sie roadrunner zowie, z kazda plyta coraz dalej od numetalowej szufladki a blizej hardcoreowego soundu. i w koncu wyzwolenie sie z kontraktu i deal z nuclear blast, gdzie wydaja hardkormetalowy wyziew w postaci albumu o wielce wymownym tytule „resurrection”, na ktorym pokazuja z jakim brzmieniem czuja sie najlepiej. w przypadku hedrirsta zamiast ameryki mamy polski ryneczek, zamiast roadrunnera – metal mind. tyle ze warszawiakom udalo sie wyzwolic z kontraktu po dwoch plytach. no i niestety nie zaden nuclear blast, a altart music. dlatego w przeciwienstwie do chimairy, ktora trafila do mniejszej, choc niemalej wytworni, ktora zadba o odpowiednia promocje znajdzie dla nich nowa klientele, album hedfirsta trafia zapewne tylko do dotychczasowych fanow. taka roznica miedzy ameryka a polandia.

juz hedfirst wczesniej sygnalizowal, ze nie po drodze im z numetalowa fala. w koncu to oni sa odpowiedzialni za trase metal union road tour. i o ile na pierwszej edycji mielismy numetalowe gwiazdy i gwiazdeczki w postaci ametrii i none, tak juz na nastepnych edycjach moglismy ogladac sunrise, schizme czy frontside. czyli mniej lub bardziej, ale jednak hc brzmienia. czy tez nawet metalcore. poprzedni juz album, „scars”, byl namacalna checia wstapienia do hc rodziny. ale to co panowie prezentuja na godforsaken to juz jest tranformacja totalna. udana.

maxymalna brutalizacja brzmienia. przeokrutny wyziew. zero melodii, zero metalkorowych zaspiewow rodem z calibana czy killswitch engage. 13 numerow, z czego dwa to przerywniki dajace chwile wytchnienia przed nastepna defloracja uszu. wyroznic mozna tak na dobra sprawe dwa numery. the blackest tear ze wzgledu na lekkie zwolnienie i zawodzenie w refrenie, dzieki czemu mamy cos na ksztalt ballady. choc raczej ciezko byloby polecic ten numer fanom chrisa de burgha czy eurowizyjnych klimatow. no i najlepszy na plycie „manipulation”. totalna ciezarowa w zwrotkach, miazdzaca wszystko po drodze i duet wokalny bayera z weronika zbieg z totemu i sceptic.

jedyne co troszke moze razic to momentami lekka lopatologia w tekstach. od poczatku do konca rzecz po angielsku, z dosyc czesto przejawiajacymi sie slowami i haslami. zbyt czesto nawet. chociaz z drugiej strony, lepsze to niz teksty pisane ze slownikiem w rekach, if you know what i mean.

summa sumarum, bardzo dobry album. wiadomo, ze do albumow z taka muzyka trzeba inna miare stosowac. zawsze bardziej traktowalem albumy z hc polki jako wizytowki zespolow, zachete do zapoznania sie z kapela w jej jedynym, slusznym srodowisku naturalnym, czyli koncercie. hedfirst tym albumem kusi jak diabli. musze to powiedziec – wreszcie.

 

najlepszy moment: MANIPULATION (FEAT. WERONIKA ZBIEG)

ocena: 6,5/10

Leave a Reply