Norah Jones – Come Away With Me
rok wydania: 2002
wydawca: Blue Note
no i wlasnie to jest ta niespodzianka, heh. bonusowa recka. oryginalnie, co nie? no ale czegoscie sie spodziewali?
no dobra, a z jakiej to okazj? otoz jutro wylatuje na piwo do londynu (hah, tak mi sie dobrze powodzi, hehe) i wracam dopiero w sobote. wiec abyscie nie mieli niedosytu mego pisarstwa, napiszemy o slynnym debiucie Nory Jones i tym samym wyczerpiemy temat jej tworczosci (przynajmniej do ukazania sie nowego albumu).
w sumie taki paradoks. bo choc Jones sie dosyc wolno rozwija i jakos malo skora jest do eksperymentow, to jednak progres jest. chocby z logicznego punktu widzenia – coraz wiecej na plytach jej autorskich numerow, a ze jakos zanadto nie odbiegaja poziomem od wykorzystywanej przez nia evergreenow, to chyba dobrze o jej mozliwosciach artystycznych swiadczy, co nie?
a jednak to wlasnie ten album zachwycil swiat, ten album najlepiej sie sprzedal, on zgarnal najwiecej grammy. i chyba do niego najczesciej wracam i bede wracal. i ani nie wiem co ludzmi kieruje w uwielbieniu tego albumu, ani co mna w sympatii do niego.
moze chodzi o to sprzezenie potegi amerykanskich evergreenow z urokiem, mlodziencza zwiewnoscia slyszalna w glosie Nory (choc niby tych elementow wciaz nie zatracila) i niewatpliwego talentu jej i dosyc intrygujacej ekipy muzykow jej towarzyszacych (m.in. Bill Frisell). bo przeciez numerow wlasnych Jones tutaj prawie nie ma. choc akurat jeden z nich – tytulowy – ma tyle wdzieku, ze gdybym ja bym byl jego autorem, to juz nigdy wiecej nic bym nie skomponowal bedac pewien ze niczym tego numeru nie przebije. w sensie – taki to fajny numer.
a moze chodzi o oryginalnosc tego albumu? niby te wszystkie dzwieki dawno juz nagrano i odegrano. ale z takim miksem, jakim tu zapodano, wiekszosc gawiedzi miala problem. jazz to jeszcze czy juz pop? w notce o „not too late” mowilismy niby o ustrzeleniu idealnego targetu. jednak gracja „CAWM”, jak i kontekst w postaci dwudziestotrzylatki nie pozwalaja mowic o takim cynizmie. zreszta, to Blue Note. kult. to jest znak jakosci.
niby ladnych piosenek tu jest wiecej. przede wszystkim otwierajacy calosc „Don’t know why”. jesli w muzyce wystepuje cos takiego jak zwiewnosc, to wlasnie w tym numerze. czy jeszcze „feelin’ the same way”. ale zdecydowanie lepiej sie albumu slucha w calosci. wieczorkiem. do wina, z ukochana osoba. oczywiscie jesli sie jest romantyczna pizda, a nie wixiarzem. ale czasem mozna poudawac romantyka.
najlepszy moment: COME AWAY WITH ME
ocena: 7,5/10