Lauryn Hill – MTV Unplugged No. 2.0
rok wydania: 2002
wydawca: Columbia
no i wrocilem. eh, londyn… nie jestem antypatriotyczny. nie jestem kosmopolityczny chociaz nie do konca nawet wiem co to znaczy hehe. ale po raz kolejny po powrocie z innego kraju sie przekonuje, jak bardzo Polska to nie moj kraj, jak tu kurwa „I don’t belong here”. jak mnie doluja te smutne polskie ryje (Boguslaw Lina, „Szczesliwego Nowego Jorku” heh) i ludzie ze stylem odrysowanym od jednego szablonu. staram sie kochac ten kraj, ale pierdole taka milosc jednostronna, ktora predzej mi wpierdoli na ulicy niz odwzajemni uczucie. taka ma relacja i refleksja z wycieczki. chyba nie powinienem wiecej wyjezdzac, hehe.
no ale wrocmy do meritum. znow Pani i znow formula unplugged. kolezanka lauryn poszla zupelnie inna droga niz alicia keys. skrajna droga. tutaj mamy unplugged az do bolu. jedynie lauryn hill, jej glos i gitara. i tak przez dwie bite godziny, dwa cedeki. niezly psikus dziewczyna wykrecila. 4 lata po zajebiscie przyjetym debiucie „The miseducation of lauryn hill” wszyscy czekaja na follow-up’a. a typiara wyskakuje z koncertowka. ktora na dodatek dla wiekszosci moze byc totalnie nie do przyswojenia. zadnego bogactwa dzwiekow z debiutu. zeby jeszcze grala przeboje. a tymczasem to same nowe numery, na dodatek w, jak sie lauryn sama przyznaje, nieskonczonej formie. jaja se dziewczyna robi? „Metal machine music” Lou Reeda nowego wieku? takie wrazenie naprawde mozna odniesc. i takie samo przyjecie zreszta miala ta plyta.
bo z jednej strony totalnie ascetyczna forma, z ktora obcujemy dwie godziny i wszystkie te okolicznosci wspomniane powyzej. z drugiej strony – ta plyta kipi od emocji. zarowno jesli chodzi o wykonanie, jak i same piosenki. znow kontekst historyczny – przez te 4 lata praktycznie tej Pani nie bylo widac. nagle sie pojawia z piosenkami, gdzie nie ma zadnych doowoopow, zionow itepe itede. piosenki czysto religijne. bez owijania w bawelne. sa oczywiscie rozwazania na przerozne tematy – spoleczenstwo, milosc,religie jako takie. ale we wszystkich tych piosenkach „kregoslupem” jest Bog. nie Jah, tak jak zwa go rastafarianie (z ktorymi wczesniej Hill byla jak najbardziej utozsamiana), ale wlasnie Bog, ten sam w ktorego wierzy teoretycznie 90 procent kraju nad Wisla. niby wczesniej juz Lauryn byla udochowiona, ale to mogl byc jednak szok dla sluchaczy.
no i wykonanie. ascetyczna forma to jedno. ale intymnie jest tez na innych plaszczyznach. dosc powiedziec, ze na 22 tracki 9 to sa intro/outro i tzw intreludy, kiedy lauryn gada. gada, nie tylko zapowiada piosenki, ale nawija, czsem po 12 minut. zwierza sie, mowi o tym dlaczego musiala „zginac dlla swiata”, skad te zmiany, skad ten Bog… i chociaz czesto sie smieje, to jednak przewaza nastroj skupienia, niepokoju czy po prostu smutku. same piosenki sa przeszyte tym smutkie. zalamujacy sie glos to norma na tej plycie. a w „I gotta find peaco of mind” juz jest czysty placz. kreacja artystyczna, emocje na pokaz? panie, daj pan spokoj.
ciezko sie slucha tego albumu. nie ma zadnych przebojowych fragmentow, nie ma na czym zawiesic ucha (choc w „Freedom time” czy „mystery of inquity” pojawia sie cos na ksztalt rapu, a „so much things to say” to przeciez bob marley). na dodatek ciezko sie zrelaksowac przy albumie, gdzie slyszysz tyle emocji, tyle placzu a w tych „rapowych” kawalkach tyle wscieklosci. ale nie ma watpliwosci co do tego, ze publika tego wieczoru uczestniczyla w koncercie ktory juz przeszedl do historii. i warto tam bylo byc.a i na albumie warto to miec, tym bardziej ze plyta pozostaje wciaz ostatnimalbumowym dokonaniem lauryn. byc moze wlasnie tu slyszymy zapowiedz dziwnych historii czy po prostu szalenstwa, ktore teraz ponoc staly sie udzialem tej pani.
najlepszy moment: I GOTTA FIND PEACE OF MIND
ocena: 7,5/10