Alicia Keys – Unplugged
rok wydania: 2005
wydawca: J
moim zdaniem mtv unplugged to jedna z najfajniejszych rzeczy jakie przydarzyly sie muzyce w latach 90tych. oczywiscie akustycznie grano juz wczesniej. ale popularnosc programu wymyslonego przez mtv sprawila, ze artysci dobrowolnie poddawali sie temu sprawdzianowi i to na oczach milionow ludzi. sprawdzianowi? no tak. bo przeciez prawdziwa wartosc piosenek (i tym samym tworzacych je artystow) objawia sie wtedy, kiedy pozbawi sie je sztafazu instrumentow, przesterow, produkcyjnych sztuczek. kiedy melodia wybrzmiewa tylko za pomoca niezbednego minimum typu gitara, ewentualnie piano.
tak bylo jednak w poczatkowych odcinkach programu, kiedy swej tworczosci bronili m.in. grandzersi. pozniejsi wykonawcy wpadli na to, ze akustycznie nie musi znaczyc minimalistycznie. takim tropem poszedl Korn. ktory moim zdaniem przegial i tym samym polegl. na bogactwo aranzacji postawila tez Alicia Keys, tylko ze tu juz mozna mowic o zwyciestwie. podwojnym. bo po pierwsze, jednak taki wypas aranzacyjny moze wciaz miec tego „pierwotnego ducha” grania unplugged. po drugie, udowadnia kombatantom z „Teraz rocka”, ze formula unplugged ma tez sens nie tylko w przypadku rockersow.
na wstepie warto jednak zaznaczyc. takie wystepy jak unplugged nirvany zdarzaja sie raz na tysiac lat i nie ma nawet sensu porownywac obu wystepow. byc moze w historiii Mtv Unplugged zdarzyly sie lepsze odcinki. nie wiem, nie widzialem wszystkich. ale wystepowi Ms Keys naprawde trudno cos zarzucic. sa zaskakujace aranzacje? sa, i to juz na samym poczatku, kiedy serwuje medley „pamietnikowych” numerow – „Karmy” i „Heartburn”. raczej nie spodziewalem sie tego drugiego, ktory tutaj wypada kapitalnie. „zywa” perkusja, sekcja deta, efekt finalny ma temperature mogaca roztopic skale. zreszta moznaby zaryzykowac stwierdzenie, ze aranzacyjnie jest to wiekszy wypas niz na studyjnych plytach, w ktorych duzy udzial ma komputerowe programowanie.
jest dramaturgia? jest. juz w intrze, ktore nieprzypadkowo nazywa sie „Alicia’s prayer”. a to co dziewczyna wyczynia w „If I ain’t got you” czy numerze od ktorego cala jej historia sie zaczela – „Fallin'” to czysty emocjonalny ekshibicjonizm. kolejny dowod na to, ze ta kolezanka przejdzie do historii muzyki w calej jej rozciaglosci, a nie tylko tej ostatniej dekady. chociaz Pani Klucze dba regularnie w trakcie wystepu o kontakt z publika, nie tylko zagrzewajac ja do boju, ale i zwierzajac sie jej z roznych swych rozmyslan, to jednak najciekawiej robi sie w drugiej polowie koncertu. hm, czyli wlasciwie tak jak byc powinno. za moment przelomowy robi „Streets of new york [city life]”, gdzie inkorporuje cytata z NAS’owego (ofkors mowa o ziomku z NY, a nie antyliroyach) „NY state of mind”. zreszta w tym wykonaniu najblizej jest do klimatu, kiedy muzyka nie tylko cieszy ucho i wprowadza w blogostan, ale i trzepie po bani i niepokoi. rockersi nazywaja to „czadem”. okej, wiec ten numer ma czad.
a skoro juz padlo slowo rock… czas przejsc do byc moze najistotniejszego elementu wystepow mtv unplugged. czyli covery i goscie. jest tu ich sporo. chociaz „If I was your woman” czy napisany przez Prince’a „how come you don’t call me” znalismy juz z jej regularnych plyt. ale juz standard muzyczny „Every little bit hurts” to cos nowego (skoro o premierach mowa, to za takowa moze uchodzi „unbreakable” podarowany znow przez Kanye Westa, ale jednak tym razem chlopak, ze tak powiem, chybil). najciekawiej robi sie teoretycznie w coverach z goscinnymi udzialami.
teoretycznie. bo przeciez „wild horses” rolling stonesow to jedna z piekniejszych ballad na swiecie, a w repertuarze jaggera i spolki prawdziwy diament. ale niestety cos podkusilo (albo ktos niezyczliwy zasugerowal) alicje, by zaprosic do wspolnego wykonania fajansiarza z maroon 5, adama nawet-nie-chce-znac-jego-nazwiska, ktory zajmuje czolowe miejsce na liscie Najbardziej Wkuriwajacych Mnie Wokali (wyzej nawet niz Piotr Kupicha). no i niestety okazalo sie, ze ten niedorobiony justin timberlake jest w stanie, nazwijmy rzecz po imieniu, spierdolic nawet tak piekny numer i starania zarowno alicji jak i aranzerow. a ze niestety cedek nie daje mozliwosci wylaczenia wokali pana adama, to niestety najlepszego momentu nie bedzie. znacznie ciekawiej wypada grande finale z udzialem takich mocarzy jk common, mos def i damiana marleya, kiedy wykonuja wiazanke „love it or leave it alone/welcome to jamrock”. i wypada to zacnie, bo alicia zrzuca skore soulowej divy i jedzie z tematem bez spiny. i jest pieknie, jest radosc w tych dzwiekach, jest impreza, jest Wielkie Jol. udane zakonczenie bardzo udanego wystepu. zadnego tam historycznego, ale taki byc nie musial. jesli jakas plyta mialaby udowodnic, ze nie-rockersi tez moga brac sie za unplugged z udanym rezultatem, to jest to wlasnie ta plyta.
ej, dzis moze bedzie „niespodzianka” na tym blogu, o ile dam rade. wiec mozecie wieczorem zajrzec.
najlepszy moment: LOVE IT OR LEAVE IT / WELCOME TO JAMROCK (feat. Mos Def, Common & Damian Marley)
ocena: 7,5/10