rageman.pl
Muzyka

Nirvana – Sliver: The Best Of The Box

rok wydania: 2005

wydawca: DGC

 

macie swoja ulubiona kapele? bo ja (juz) nie. w liceum, moze poczatkowo na studiach to jeszcze. ale im wiecej muzyki docieralo do mych uszy, tym uznawalem, ze jest tyle zajebistych dzwiekow w rozmaitych zakatkach muzycznego swiata, ze szkoda czasu na skupianie sie tylko na jednym jego regionie. dlatego niespecjalnie interesuja mnie kompilacje b-side’ow, bo te sa niemal wylacznie kierowane do wielbicieli konkretnych kapel. a ja wole poznawac dziela w ich skonczonej formie, takiej jaka autor chce pokazac swiatu, a nie poswiecac czas na sledzenie tego, w jaki sposob do stworzenia ow dziela dochodzil. NO CHYBA ZE mowimy o artyscie genialnym, waznym, emocjonalnie bliskim (niepotrzebne skreslic). Nirvana sie do tej definicji zalapuje.

omawiane wydawnictwo, jak sama nazwa wskazuje, to wybor fragmentow obszernego (3CD, 1 DVD) boxu-kompendium wiedzy o Nirvanie, wydanego rok wczesniej „With The Lights Out”. czy wybor najlepszy? nie wiem, nie bede sciemnial – nie bylo mi dane zapoznac sie z ow boxem. ufam, ze autorzy naprawde na potrzeby „Sliver” wycisneli z niego jak najwiecej.

a moze lepiej jednak nie ufac…sklamalbym mowiac, ze ten zbior 22 numerow czymkolwiek mnie powalil. ba, nawet o zaskoczenie tu trudno. bo to, ze w porownaniu z zebranymi tu wersjami demo wersje finalne roznia sie fragmentami tekstow czy aranzacji chyba trudno uznac za niespodzianke? nie wiem, co moglbym nawet wyroznic w tym kontekscie. slyszalny tamburyn w „Rape Me” (druga umieszczona tu wersja to akustyczne podejscie)? nie wiem, naprawde nie wiem. nawet wersja demo „Come As You Are”, ktora ma premiere wlasnie na „Silver” do jakiegos wielkiego odkrycie trudno zaliczyc. dlatego zdecydowanie bardziej warto sie zainteresowac kompozycjami, ktore nie dostapily zazczytu znalezienia sie na ktorejkolwiek z 3 studyjnych plyt Nirvany. jak przede wszystkim „Oh The Guilt”, pochodzacy ze splita z The Jesus Lizard i bedacy nie tylko jednym z najwscieklejszych numerow Cobaina i spolki, ale i jednym z najlepszych mi znanych katalizatorow wszechogarniajacego stanu wkurwienia. na przeciwleglym biegunie lezy „Old Age” – odrzut z sesji Nevermind. fakt, nie jest to az tak dobry numer jak te ktore znamy z plyty z ’91. ale to wciaz kawal fajnej, melancholijnej muzyki (taki przyspieszony „Dumb” w klimacie). czy „Do Re Mi”, w ktorym Cobain spiewa niczym… Thom Yorke.

ale ale – my to mowimy wlasciwie o numerach juz z ery majorsowej. a przeciez pierwsze 10 utworow pochodzi z czasu, kiedy Nirvana wciaz byla wschodzaca gwiazda Sub Popu. i z historycznego punktu widzenia to zdecydowanie najciekawsza tu rzecz. czy z muzycznego takze? zalezy jak spojrzec – jesli np kogos interesuje, czy Cobain od zawsze byl melodycznym geniuszem to uslyszenie „About A Girl”, zarejestrowanego jeszcze w ’88 moze byc cennym doswiadczeniem. bo dajacym pozytywna odpowiedz. z drugiej strony kapitalnie rozpedzony „Mrs Butterworth” pokazuje, ze i w robieniu halasu byli jednymi z najlepszych, jesli nie najlepsi w grandzowej kategorii.

no wlasnie. pisalem 2 lata temu przy okazji kolekcji wpisow o Nirvanie, ze byli oni najmniej grunge’owi z calego tego nurtu. i oczywiscie bzdure napisalem. bo zwlaszcza tutaj slychac, jak wiele zawdzieczaja oni zalogom typu Mudhoney, Tad czy Melvins. czyli kapelom, ktore wzniecily swiety ogien tego gatunku majac na rozpalke tylko plyty Black Sabbath, Neila Younga i wlasna wyobraznie (zreszta Mudhoney do dzis go strzega). w kontekscie Nirvany wypadaloby dorzucic jeszcze Pixies, ale tu slychac, ze inspiracja autorami „Surfer Rose” nie od poczatku byla slyszalna. mamy tu natomiast koncertowe wykonanie… „Heartbreakera”. i to rzeczywiscie jest zaskoczenie, bo te Led Zepy wydawaly mi sie jednak dosc odlegle od Nirvany nie tylko muzycznie, ale i ideologicznie.

reasumujac – wybitnych fragmentow niewiele, duzo rzeczy ktore powinny pozostac w szafie („Spank Thru” jako pierwszemu nagraniu Nirvany mozna wybaczyc banal, ale „Sappy”? „Blandest”?). no i jak to wszystko ma sie jednak do zazwyczaj ocenianych tu dziel skonczonych, dopracowanych czasem w najmniejszym szczegole? troche bez sens. dlatego ocena zwyczajowa, z ktorej nie wyciagajcie jakichkolwiek wnioskow.

 

najlepszy moment: OH THE GUILT

ocena: 7/10

Leave a Reply