Voo Voo – 21
wydawca: Pomaton
choc nigdy, prawde powiedzawszy, nie bylem wielkim fanem Voo Voo, to musi sie w koncu znalezc tu notka o tym zespole. po pierwsze – mowimy o zespole-instytucji na polskiej scenie, na tyle oryginalnie grajacej, ze bez wstydu moglibysmy sprezentowac jej dziela swiatu. po drugie – przyznaje ze dalem lekko plame z brakiem jakiejkolwiek wzmianki na blogu o niedawnej smierci Piotra „Stopy” Żyżelewicza, podpory zespolu Waglewskiego od dlugiego czasu, a zarazem jednego z lepszych perkusistow w naszym kraju. dzis w Sfinskie koncert mu poswiecony. mnie tam nie ma, oddajmy wiec mini-hold chocbyta notka.
Voo Voo nastukalo przez cwierc dekady dosc sporo wydawnictw (nie liczac nawet solowych wydawnictw Wagla). ale jednak „21” zasluguje na wyroznienie.
na temat sensownosci flirtu muzyki rockowej z orkiestrami poswiecono tyle artamentu i kilobajtow, ze mozemy sobie na szczescie darowac ten aspekt wydawnictwa. tym bardziej, ze akurat Voo Voo wypada tu jako chlubny wyjatek od smutnej reguly, jaka sa te kolaboracje. sednem sukcesu chyba jest przede wszystkim fakt, ze Voo Voo wcale nikomu nic nie musieli udowadniac. w przeciwienstwie do kolegow po fachu, ktorzy za wszelka cene pragna nobilitowac swoja muzyke jako cos znacznie wiecej anizeli rozrywke dla spoconych, dlugowlosych licealistow, ich tworczosc bezproblemowo trafia pod strzechy rozmaitych grup spolecznych – od bywalcow Stodoly do Filharmonii Narodowej. z powyzszego wynika niejako kolejne zrodlo powodzenia – czyli muzyczna inteligencja Waglewskiego i spolki. krotko rzecz ujmujac – chlopaki wiedzieli, jak sie do tematu zabrac.
i zabrali sie calkiem przyzwoicie. ani przez sekunde nie ma poczucia, ze ktos tu pod kogos doczepil na sile, ze zespol swoje a orkiestra swoje. orkiestra tak naturalnie wtapia sie w tkanke muzyczna tych 15 utworow, ze nie tylko po kilku odsluchach zapominamy o jej istnieniu (nie, by nie bylo jej slychac – bardziej chodzi o swiadomosc pt „w tym utworze gra ORKIESTRA”), ale i zdradzaja potencjal na wygryzienie ze swiadomosci ich oryginalnych wersji jako tych „podstawowych”. najlepszy przyklad „Nim stanie sie tak, jak gdyby niigdy nic nie bylo”. ta melodia jest tak piekna, ze wypada godnie w kazder interpretacji. ale tutaj to juz osiaga swe apogeum – to brzmi jak jakis hymn, ulepszona wersja „Ody do Radosci” czy cholera wie co… cudo. podobnie „Łobi-jabi”, tyle ze tu mamy do czynienia z totalna reinterpretacja klimatu oryginalu. tu brzmi ten kawalek jako niemal cos sakralnego, koscielnego (ulepszona wersja „Ave Maria”?). duza w tym zasluga spiewaczki Malgorzaty Walewskiej, choc warto jednak odnotowac, ze juz w takiej „Flocie Zjednoczonych Sil” jej partia brzmi na tyle kiczowato, ze psuje odbior calkiem niezle zapowiadajacego sie auto-coveru. z ficzuringow warto tez odnotowac udzial chluby naszego jazzu, Tomasza Stanki. szczegolnie w cudnie sennym, onirycznym wrecz „Zbiera Mi Sie”, jednym z dwoch premierowych kawalkow. drugim jest „Bang Bang”, brzmiacy bardzo tradycyjnie, troszke jednak odstajaco od reszty plyty. inna sprawa, ze jest to kawalek-reklama, powstaly na zamowienie Dominet Banku. czyli nie pierwszy raz Wagiel wszedl w tego typu wspolprace z korporacjami. ale to temat na inna notke.
dla lubiacych w ramach „best of’a” dostac cos extra – plyta jak znalazl.
(watek dla gadzeciarzy: dwa klipy, oba do nowych kawalkow. „Bang Bang”, przeladowana kolorami animacja z plasteliny. pamietacie „Kurta & Albina”? natomiast „Zbiera Mi Sie” to juz ciut bardziej intrygujace dzielo, nie tylko wizualnie, ale i koncepcyjnie. pokrotce – czerwone „cos” wychodzi z ust spiacego Wagla i zwiedza jego pokoj, po czym ponownie do tych ust wraca. ale co to bylo i dlaczego narysowalo serduszko na kartce? o tym dowiecie sie Panstwo z kolejnego odcinka „Sensacji 21 wieku”)
najlepszy moment: ŁOBI-JABI (feat. MAŁGORZATA WALEWSKA)
ocena: 7,5/10
