Leonard Cohen – Death Of A Ladies’ Man
rok wydania: 1977
wydawca: Columbia
a o tym jegomosciu bylo tutaj 2 lata temu. jest okazja na powrot do tematu, Leonard zgarnal znow jakas tam nagrade Absolutnego Bossa Literackiego.
wydany w ’77 roku piaty album studyjny Leonarda uchodzi za ewenement w jego dorobku, wrecz album eksperymentalny. z prostej przyczyny – uchodzacy za muzycznego minimaliste kanadyjski bard oddal sie przy okazji tego wydawnictwa pod producencka opieke (a takze wspolautorska) samego Phila Spectora, ktory jako tworca „Sciany Dzwieku” do minimalistow zdecydowanie nie nalezy. efekt? Cohen albumu nie cierpi i praktycznie nie siega po numery z tej plyty przy zadnej z okazji (tj koncertow czy greatest hitsow). choc akurat na to podejscie mogly miec wplyw takze pozamuzyczne kwestie, zwiazane z osobowoscia samego Spectora. jak wiadomo, ten odsiadujacy 20letni wyrok za morderstwo jegomosc do najnormalniejszych nigdy nie nalezal, o czym sie zdazyl przekonac takze Zyd z Kanady.
i teoretycznie stosunek Cohena jest zrozumialy – rzeczywiscie brak tu Cohenowych szlagierow czy nawet kompozycji aspirujacych do takiego miana. a jednak albumu slucha sie wybornie, a w kontekscie dyskografii tworcy „Hallelujah” album wypada wrecz odswiezajaco, zwlaszcza w porownaniu z dosc nudnawym jego nastepca, omawianym na blogu „Recent Songs”. kwestia tylko czy jednak nie wieksza to zasluga Spectora, ktory odwalil tu kawal kapitalnej roboty. przeslicznie wysciolal te 8 utworow aranzacyjnymi smaczkami, jakich u Leonarda uswiadczyc raczej wczesniej sie nie dalo. a przynajmniej nie w tak olbrzymim natezeniu. najszlachetniejszy Pop, ale bardziej w stylu hitow lat 60tych (do ktorych zreszta Spector przylozyl w znaczacym stopniu reke) niz smoothjazzowego przymilania sie do niedzielnych sluchaczy muzyki w XXI wieku. moze o rocku byloby przesada mowic, ale sporo tu nawiazan do odleglych Cohenowi landow muzycznych. najlepszy przyklad „Don’t GO Home With Your Hard-On”, ktory spokojnie moglby sie znalezc w repertuarze Boba Dylana z lat 70tych. by bylo smieszniej, sam Zimmermann sie pojawia tu w chorkach, razem z … Allanem Ginsbergiem. nie ma co, zydowska mieszanka wybuchowa.
niemniej tak dobry odbior plyty warto jednak byloby przypisac takze w pewnym stopniu Cohenowi a to dlatego, ze dawno jego interpretacje nie brzmialy tak przekonujaco. oczywiscie nie rezygnuje z trademarkowego mruczanda, ale posluchajcie znow wspomnianego „Don’t Go Home…”, a przede wszystkim koncowki „Memories”. slyszeliscie kiedys Cohena wydzierajacego sie? no to mozliwe ze to jedyna okazja.
bardzo spoko wydawnictwo.
najlepszy moment: TRUE LOVE LEAVES NO TRACES
ocena: 8/10