rageman.pl
Muzyka

Nipsey Hussle – Crenshaw

crenshawrok wydania: 2013

wydawca: DIY

pobierz album

 

Wydany przed dwoma miesiącami „Crenshaw” to Nipsey Hussle w wersji max, w kilku przynajmniej aspektach. Czy także w tym najważniejszym – jakościowym?

Jako pasjonata tak muzyki, jak i jego biznesowo-marketingowego kontekstu, nie sposób odnotować zamieszania związanego z dystrybucją tego materiału. Otóż poza darmową wersją zamieszczoną na stronach internetowych z mikstejpami można go było także zakupić na nośniku CD. Muzycznie oba warianty ponoć niczym się nie różnią, ale z zakupem płyty wiązały się dodatkowe, ciekawe benefity – autograf, bilet na koncert, ale też i możliwość telefonicznej pogawędki z Nipsey’em, a nawet wizyta w jego studiu podczas sesji do zbliżającej się wielkimi krokami debiutanckiej płyty. 1000 płyt sprzedało się w mniej niż dobę, co zaowocowało dochodem rzędu 100 tysięcy dolarów. Ktoś powie – co w tym specjalnego, mało artystów sprzedaje w ten sposób muzykę? Niby nie, ale 1000 płyt w 24 godziny to całkiem niezły wynik, zwłaszcza jeśli uwzględnimy dwie rzeczy – zakup płyty był możliwością opcjonalną, a nie jedyną. No i przede wszystkim – mówimy o kolesiu aktywnym artystycznie od kilku lat i to, pomijając kilka featuringów u gwiazd, głównie w undergroundzie. Szacuneczek zatem.

Według słów Nipsey’a na „Crenshaw” trafiły piosenki, które nie pasowały mu do konceptu będącego wciąż w fazie kreacji „Victory Lap”, a zarazem jako całość mają dawać wyobrażenie o tym, co się na tym wyczekiwanym legalu znajdzie. Jeśli tak, to spokojnie można być optymistą. O ile nie zostanie popełniony błąd, który ostatecznie trochę gubi „Crenshaw, czyli kwestia selekcji materiału. 85 minut to jest końska dawka, każdy kto twierdzi inaczej prawdopodobnie nie robi w życiu nic innego poza słuchaniem płyt z progresywnym rockiem, najlepiej na kilkukrotnym repeacie. „Illmatic” czy „Reign In Blood” są klasykami między innymi dlatego, że nie zawierają ani jednego zbędnego dźwięku. Wciąż uważam, że nie jest przypadkiem fakt, iż płyta winylowa była w stanie pomieścić maksymalnie 45 minut (ok, wiem że to nie do końca prawda, ale proszę mi nie przerywać wywodu). Bo to był optymalny czas trwania albumu muzycznego i uważam, że wciąż nim jest. I jak dla mnie dotyczy to także mikstejpów.

Być może jestem melomanem starej daty, który wciąż nieufnie podchodzi do przycisku „skip”, a za jedyną słuszną kolejność słuchania piosenek z płyt uznaję tę, którą sugeruje tył okładki. Ale uważam, że na takim wrzucaniu na mixtape wszystkiego czym chata bogata tracą naprawdę dobre wałki, które trafiły na „Crenshaw”. Jak „1 Of 1”, który – o ile mnie ucho i pamięć nie mylą – czerpie sporo ze „Stana” Eminema.  Czy „Summertime In The Cutlass”, rzeczywiście mający coś z letniego chillu. Albo „Come Over” z pięknym, aksamitnym refrenem w wykonaniu Jamesa Fauntleroya. Występuje on także w „If You Were Mine”. W opisie płyty obok tytułu tego utworu widnieje dumnie brzmiące „featuring Sade”. Nie znam wprawdzie zbytnio dyskografii tej Pani (chyba rzecz do nadrobienia jednak), ale jak na moje ucho mamy raczej do czynienia z lekko zmodyfikowanym samplem.

A jeszcze wczoraj chwaliłem „X-tra Laps” za rozwagę w doborze piosenek, a tu taki psikus…

 

najlepszy moment: IF YOU WERE MINE (FEAT. SADE & JAMES FAUNTLEROY)

ocena: 7/10

Leave a Reply