Nielegal Sylwestrowy WAFP 2
rok wydania: 2010
wydawca: DIY
Chyba nie myśleliście, że odpuszczę temat po jednej notce?
No więc dokładnie rok przed Sylwestrowym Nielegalem numer 3 pojawiła się druga część serii. I jeśli wczoraj mówiłem coś o predyspozycjach do bycia oficjalną serią, tak w tym przypadku muszę się z takim werdyktem wstrzymać.
Bo tutaj już mamy pełne rozpasanie, zarówno jeśli chodzi przynależność gatunkową zebranych wykonawców, jak i ich status komercyjny. Tak na dobrą sprawę to większość nazw jest już doskonale znana przynajmniej-średnio zorientowanemu słuchaczowi polskiej muzyki. Hey, Novika, Pustki, Biff, Muchy, Porter Band… Cholera, nawet dla Wandy i Bandy się znalazło miejsce. Trudno w tym kontekście mówić o wydawnictwie prezentującym niezależną scenę polską.
Czy to źle? Bynajmniej! Nawet jeśli parę strzałów jest tu więcej niż oczywistych, to przecież cel główny (a ten, jak powszechnie wiadomo, uświęca środki) został osiągnięty – kompilację bez obaw można brać na każdą potańcówkę. Może mimo wszystko w pierwszej kolejności brałbym trzecią część serii, ale przecież wiadomo, że po godzinie się wixa nie skończy, więć trzeba mieć coś jeszcze w zanadrzu. W przypadku „dwójki” popełniono grzech, który dość często ekipa WAFP popełnia przy swych składakach. Wyraźmy go liczbami: 25 numerów, 91 minut muzyki. Siłą rzeczy nie da się przez tyle czasu utrzymać równego poziomu i „SN2” nie jest tu wyjątkiem. Mimo wszystko może dziwić wybór niektórych tracków, nie mających nic wspólnego z tańcem. No bo co właściwie robią tu np. Beneficjenci Splendoru z sympatycznym skądinąd „Smutnym Stylistą”? Co innego zapuszczenie mniej porywającego tracka dla odsapnięcia, a co innego totalny zamach na szaleństwo na parkiecie.
Tyle minusów, które nie powinny przesłaniać plusów. Jak zwykle otwarcie kapitalne – powoli się przekonuję, że „Love Is Dangerous” Dicków… sorry, D4D, jest jednym z ich najlepszych kawałków, jeśli nie najlepszym. Ogień! Całkiem nieźle wkomponowali się inni reprezentanci 3miasta, Radio Bagdad, z ich rzeczywiście najbardziej tanecznym utworem „A Ja Nie”. Cieszy, że wcale nie czuć przeskoku jakościowego między nim a poprzedzającym go „Najważniejszym Dniem” Much, moim zdecydowanym faworytem całości („Terroromans”, pamiętamy).
Zaskoczenia, spóźnione odkrycia? Raczej nie, choć do kawałków Living On Venus, Zakrętu i Skinni Patrini co jakiś czas powinienem jeszcze wracać. Wtop brak, chociaż przysiągłbym, że wokalistę z Wolfgang In A Truck słyszałem już w jakimś zespole. Takim bardziej znanym i zdecydowanie nie polskim.
Ściągać i tańczyć!
najlepszy moment: MUCHY – NAJWAŻNIEJSZY DZIEŃ
ocena: 7,5/10