Nelly Furtado – Folklore
wydawca: Dreamworks
coz, nie bede ukrywal, ze chyba slabo nadawalbym sie na profesjonalnego recenzenta, choc juz w cos takiego tez sie bawilem. abstrahujac od zdolnosci lingwistycznych, przede wszystkim jak na recenzenta to dosyc niespecjalnie udanie potrafie trzezwym (hm) okiem spojrzec na wytwory kulturalne, zwlaszcza muzyczne. podjarka kapitalnymi riffami, slicznymi melodiami czy cudnymi hookami jest nie do ujarzmienia. dodac do tego zmiennosc gustow, hustawke nastrojow (heeee) i wychodzi na to, ze niektore recki na tym blogu staja sie nieaktualne nastepnego dnia. puenta – nie czytajcie tego gowna ktore tu wypisuje!!
a teraz powaznie (?). przyznam, ze dosyc zaszalalem piszac o ostatnim albumie Nelly „Loose”. wciaz uwazam ze to jedna z najlepszych plyt mainstreamowego popu ostatnich lat. ale czy od razu 8,5 (still: abstrahujac, ze te oceny cyferkowe to juz dawno o kant dupy bym rozstrzaskal, bo w ten sposob ocenianie tez mi nie wychodzi)? czy to nie ocena zarezerwowana dla pierwszych plyt madonny czy jacksona? na razie oceny „Loose” nie skoryguje, bo mimo wszystko wciaz wielbe ten album. troche jednak w tej samej notce skrzywdzilem „Folklore”. klapa komercyjna – owszem, ale artystycznie – zdecydowanie niekoniecznie.
problem w tym, ze juz na wysokosci drugiego albumu 25letniej pop-dziewuszce wymarzyl sie jej opus magnum, ambitny krazek, jej Pet Sounds. przypomniala sobie o jej szerokim wachlarzy zainteresowan, w ktorym mieszcza sie zarowno rock, folk jak i world music, odezwaly sie portugalskie korzenie no i postanowila wszystkie te okolicznosci przekuc na nowy album. sa oczywiscie dzwieki, a nawet cale utwory jakos nawiazujace do debiutu i numerow typu „I’m like a bird” (jak pierwszy singiel „Powerless (Say What You Want)”, ktory chyba mial stwarzac pozory, ze to wciaz ta sama Nelly). ba, nawet sa tu tracki, ktorych pop-kozackosc szykuje nas mentalnie do tego, co na nastepnym krazku bedzie wyprawiac Timbaland („Explode” z absolutnie rozjebujacym system podkladem i cudnie lecacym podkladem, „Fresh Off The Boat”). ale mimo wszystko „Folklore” jest, ze tak pozwole se powiedziec, najodmienniejsza plyta Nelly F.
kurcze, bo to mimo wszystko warte szacunu, ze dziewuszka postanowila do otwieracza plyty zaprosic Kronos Quartet. ze porywa sie na duet z legenda brazylijskiej nuty Caetano Veloso. ze w closerze slychac najprawdziwsze Organy. takie wprost z kosciola. a czemuby nie porwac sie na adultpopowe wokalne popisy a’la barbara streisand? tak przynajmniej mnie sie kojarzy „Picture Perfect”. i nawet jesli nie kazdy zabieg jest rownie udany co odwazny, to jedno sie nie zmienia – poziom wokalny Nelly. byc moze pod tym wgledem to najlepsza jej plyta. dowod najlepszy – „Try”. koncowka tego utworu to juz totalna cudownosc, sercolamacz, simple mistrzostwo. rownie cudnie, choc zupelnie klimatycznie inaczej jest w „Forca”. track typu „ja-pierdole-az-chce-sie-zyc”. smiertelna dawka optymizmu. nie dziwota, ze rzecz skonczyla jako oficjalny numer Mistrzostw Europy 2004 w Portugalii. przyznam – zajebiscie mile skojarzenie z zajebiscie milym okresem w zyciu. go Grecja!
all in all, ja mysle nalezy sie wysoka ocena. bo experyment i eklektyczne podejscie zawsze w cenie. a poza tym sporo tu naprawde udanych piosenek. nawet jesli „Try” czy „Explode” to nie „Do It”, „Maneater” or „Say It Right”. z drugiej strony – timbaland ostatnio pracuje na opinie najbardziej wkurwiajacego swa wszechobecnoscia producenta. do tego stopnia, ze niedlugo nawet jego dobre podklady okaza sie zle, w najlepszym przypadku tracace myszka. byc moze wtedy ludzie zaczna doceniac „Folklore”. czego Wam i sobie zycze, mili sluchacze i czytelnicy.
(btw akustyczne wersje „Try” i „Powerless”, umieszczone na koncu plyty, sa chyba nawet jeszcze lepsze od oryginalow, szczegolnie ten pierwszy. a, skoro mowa o bonusach, to mamy jeszcze na cd klip do „Powerless”a. wspominalem juz, ze Nelly to fajna dziewuszka?)
najlepszy moment: TRY
ocena: 8/10
