rageman.pl
Muzyka

Michael Jackson – Michael

rok wydania: 2010

wydawca: MJJ

 

uhhhh… zawsze milo wrocic do tematu Michaela Jacksona, ale tym razem tak prosto nie bedzie. ba, czeka nas tu chyba jeszcze wieksze wyzwanie anizeli w przypadku dvd „This Is It”.

bo tam mielismy do czynienia z dokumentem. oczywiscie nastawionym na zysk, jednak tam dostawalismy dokladnie to co widzielismy. to bylo spojrzenie na Jacksona z innej perspektywy. „Michael” natomiast jest nam sprzedawany jako „Dzielo Michaela Jacksona”.

oczywiscie, zdaje sobie sprawe ze moje dissowanie tego wydawnictwa nie ma do konca sensu. nic nie zmieni faktu, ze najlepiej sprzedajacy sie artysta to martwy artysta. natomiast z calym szacunkiem dla wymienionych wykonawcow – tu mowimy o innej ciut sytuacji anizeli w przypadku posmiertnych wydawnictw 2paca, Elvisa czy Johnnyego Casha (ktorych tez nie daze za duza estyma). rzecz w tym, ze Jackson to byl Perfekcjonista, jakich coraz mniej w showbizie.

widzicie, praca artystow nie rozni sie w pewnym wzgledzie od podejscia naszego, zwyklych zjadaczy chleba. czasem robimy cos na odwal sie. czasem wydaje nam sie, ze to co wlasnie tworzymy (wypracowanie do szkoly, piosenka nagrana dla dziewczyny, zmontowany przez nas filmik z imprezy) jest Zajebiste, po czym gdy weryfikujemy efekt finalny juz nam tak zajebiscie nie jest. ale mimo to puszczamy to w swiat, moze jestesmy zbyt surowi dla siebie, a moze nikt nie zauwazy ze to jest do dupy. artysci maja latwiej pod tym wzgledem – oni moga byc spokojni, ze zawsze jacys psychofani kupia ich kolejne wypociny. a jakby to nie pomoglo, to posciemniaja w wywiadach, ze wlasnie stworzyli najlepsza plyte w ich katalogu i jakies osoby zawsze to lykna, nawet jesli tej najlepszosci w ogole nie sa w stanie uslyszec. docencie w tym momencie Kazika, otwarcie mowiacego ze ostatnie plyty Kultu sa do dupy.

tyle ze Michael taki nie byl. wiem to, bo znamy sie od dziecinstwa. u niego wszystko musialo byc najlepsze, dopieszczone, krolewskie, na bogato. pol-produkt? nie ma czegos takiego! i to takze uwielbialismy w nim, nieprawdaz? oczywiscie nie zawsze mu wychodzilo – slychac to na ostatnich dwoch plytach. ale nawet „Invincible” dawalismy szanse – w koncu Michael wierzyl w to, ze ta plyta jest najlepsza na jaka go obecnie stac. no wlasnie – slabosc tej plty czy „HIStory” nie polegala na tym, ze Jackson sobie „odpuscil”, tylko na tym, ze z czasem zaczal rozmijac sie z tym, co naprawde swiadczy o zajebistosci Muzyki.

i tu przechodzimy do sedna problemu z „Michaelem”. MJ BY TEJ PLYTY NIE WYDAL. moze z taka grafika, moze z takim tytulem, moze nawet i z podobnymi dzwiekami. ale nie w takiej formie. i jako taka jest nie do zaakceptowania.

to jedno spojrzenie na sprawe.

bo jest jeszcze drugie. jesli ktos wywazylby drzwi warsztatu Waszego ulubionego tworcy podczas jego nieobecnosci, nie kusiloby Was by zajrzec do srodka? pewnie ze kusilo. a ze nie musze za to nic placic (dziekuje Mikolaju za prezent!), zatem wchodze do srodka.

i co widzimy? spory misz masz, niektore dziela ukonczone („Hold My Hand”), niektore w mocnych powijakach. gatunkowy rozstrzal absolutny, rock obok wspolczesnego arenbi. miejmy od razu z glowy wniosek ogolny – MOGLOBY byc niezle. na pewno lepiej niz na „Invincible”, chyba tez niz na „HIStory”, a czy cos wiecej? tego sie nie dowiemy… i tej wersji sie trzymajmy.

sprobujmy jednak ocenic nie to co moglo byc, a to co otrzymalismy. wiec tak: na pewno w temacie balladowym Jacko juz na dobre rozminal sie z dobrym gustem. „Best Of Joy” i „Keep Your Head Up” sa slabiutkie jak barszcz i nieznosnie kiczowate – chorki typu „Heal The World”, przepelnione naiwnoscia teksty, wysokie az do przesady spiewy Michaela… „(I Like) The Way You Love Me” troche kojarzy sie klimatem z „Rock With You”, ale nie ma najmniejszych szans w tej konfrontacji. powiecie ze typowy Michael. no nie do konca, chyba zapomnieliscie ze ten koles wykonywal kiedys „Human Nature”, „Liberian Girl”, a nawet „Earth Song” sie w tym kontekscie lepiej prezentuje. jednak trzeba tu wspomniec o fragmencie najbardziej zaskakujacym – zamykajacym calosc „Much To Soon”. sam wokal Michaela na tle gitary akustycznej i… harmonijki ustnej. nie ze szal, ale naprawde mocny final. tyle ze ten glos Michaela brzmi zaskaujaco mlodo… rzut okiem w internet i juz wszystko wiadomo – to odrzut z „Thrillera”.

z tego samego okresu pochodzi poprzedzajacy go „Behind The Mask”. brzmieniowo rzeczywiscie mocno Quincy’owa rzecz, choc nie przez niego wyprodukowana. partia saxu – przepyszna. tu przechodzimy do kolejnej grupy piosenek. ciezko powiedziec, czy gdyby Michael zyl, na jego nowym wydawnictwie Teddy Riley znow przejalby glowne producenckie stery. podobno MJ chcial pracowac z topowymi producentami na rynku, a umowmy sie – producent „Dangerous” najlepsze czasy ma za soba. niemniej na podstawie „Michaela” ciesze sie, ze tak sie nie stalo. nie znioslbym sluchania Mistrza w eurodance’owym sztafazu badz kolejnych odpryskach tworczych coraz bardziej wypalonego Timbalanda. mozliwe tez, ze tylko Riley sie skusil na uczestnictwo w tym szemranym projekcie… niewazne, milo slyszec sound znany nam z „Dangerous”, a ktorym przeciez inspirowali sie i Timbo i Neptunsi, wiec wszystko sie niby zgadza. szkoda tylko ze kompozycje srednio domagaja. „Breaking News” juz zebral wystarczajace ciegi w mediach (ze niby to nie wokal Majka tu slyszymy – i rzeczywiscie, cos jest na rzeczy). „Hollywood Tonight” prezentuje sie niewiele lepiej – fajowa jest linia basu, pierwsze sekundy ewokuja troche „Who Is It”, ale potem juz jakos tak bezjajecznie sie robi….

no i zostaje nam trzecia grupa trackow. tak sie sklada ze najlepsza, choc nie musi to wynikac z tego ze powstaly z kolaboracji z innymi artystami. choc np wjazd 50 Centa (ktorego nigdy specjalnie nie propsowalem) ze zwrotka jest mistrzowski, beat zre w refrenie jak nalezy – szkoda ze hook zupelnie nie wchodzi do glowy. to ze „(I can’t make it) Another Day” wypadl z tracklisty „Invincible” niby nie powinno najlepiej swiadczyc o jego jakosci, ale to bledne zalozenie (bardziej swiadczy to o wspomnianym rozmijaniu sie Michaela z tym co dobre obecnie w Muzyce). kawalek naprawde rockuje niezle, zwlaszcza jak na jego autora Lenny’ego Kravitza. a sam Dave Grohl zapodaje tu niemal industrialny bit! swoja droga dobry twist historyczny – w koncu to Nirvana zdetronizowala Michaela z tronu krola Billboardu roku ’91. no jest jeszcze promujacy calosc, jedyny w pelni ukonczony i zaakceptowany przez Jacko kawalek  – „Hold My Hand”. czy to zbieg okolicznosci, ze jest jednoczesnie najlepszym na plycie? niby nic wielkiego, a nawet lekko niepokojacego  – w koncu to synteza stylu Michaela i, o moj Boze, Akona. klimatycznie bardzo zblizony do wcale nie tak udanego „This Is It”. a jednak ten refren wprowadza we mnie taki blogostan, takie szczescie, ze moglbym repeatowac go calymi dniami. zdecydowanie najlepszy kawalek Michaela od ponad dekady, a i pewnie wsrod posmiertnych wydawnictw nic go nie przebije.

no wlasnie – to jest pewne, ze takowe sie pojawia. i jesli na „Michaela” rzucono najbardziej dopracowane kawalki, to moze naprawde byc w przyszlosci niefajnie. zreszta juz na „Michaelu” nie jest tak jak byc powinno. a mimo wszystko – to wciaz plyta, do ktorej wypociny nastepcow tronu nie maja startu. o Was mowie, wszystkie wy wstretne Ushery i Chris Browny.

 

najlepszy moment: HOLD MY HAND (feat. Akon)

ocena: 7/10

Leave a Reply