Nas – Untitled
rok wydania: 2008
wydawca: The Jones Experience
Nie ma co, namieszał Barack Obama w głowach ludziom początkiem swej prezydentury. Nie chcę twierdzić, że to zły lider Stanów Zjednoczonych, życzę mu jak najlepiej. Jednak z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że entuzjazm i nadzieje związane z jego osobą były dość przesadzone. Tyle że o ile przyznanie mu pokojowej nagrody Nobla lata mi koło ogona, tak zepsucia płyty Nasa mu nie wybaczę. Bo Jones nagrał najsłabszą płytę od lat.
Chyba najciekawszy aspekt tego albumu to ten związany z jego tytułem. A raczej jego brakiem. W sumie dość niesamowite, że w XXI wieku słowo „Nigger” (czyli po naszemu „czarnuch”) jako tytuł dzieła muzycznego może wywoływać takie kontrowersje. Zwłaszcza jeśli używa go osoba, którą teoretycznie to określenie powinno obrażać. Swoją drogą, ciekawe co by było gdyby Elton John zdecydował się nazwać swą płytę „Pedzio”…
W każdym bądź razie ostatecznie tytuł nie przeszedł, co dało Nasowi temat na jakieś 1/3 piosenek. Reszta tekstów też wiruje wokół tematyki konserwatyzmu Ameryki i tego, jak Murzyni mieli i wciąż jednak mają w niej przejebane. Nie wiem, nie byłem, zatem nie kwestionuję. Mam jednak wątpliwości, czy Barack Obama okazał się rozwiązaniem tego problemu. I czy zamykający płytę „Black President” (kończący się niby archiwalnym nagraniem „please welcome the new president of U.S.A.: Barack Obama”) dziś nie jest równie przedawnionym nagraniem co „Andrzej Gołota” Kazika Na Żywo.
Paradoksalnie jednak „Black President”, ze sprytnie wplecionym samplem z 2paca, wypada tu najlepiej, pomimo totalnie przesłodzonego refrenu (fajnie śpiewający mało znany koleżka Johnny Polygon). Równie optymistyczny w brzmieniu „Hero” wzbudza już jednak mój lekki sprzeciw. Bo to poziom hitów, jakich dzisiaj pełno w mainstreamowym rapie. Ok, też lubię wychillować czy przybaunsić przy takich trackach. Ale od Nasa oczekuje się więcej. A przynajmniej jakości znanej z „If I Ruled The World”, skoro mowa o pop melodiach wyśpiewywanych z laskami. Gdzie Keri Hilson śpiewająca w „Hero”, a gdzie Lauryn Hill…
Niestety więcej tu takich skrewionych momentów. Rockowy „Sly Fox” brzmi jakby akompaniowała w nim licealna kapela numetalowa. Dziwi to tym bardziej, że ficzuring u Korna czy nawet „Hip Hop Is Dead” pokazywały, że autor „NY State Of Mind” czuje także takie granie. A już zupełnie nie pojmuję, że podpisał się pod tym członek Dead Prez, jednak z bardziej zajebistych (i niedocenionych) załóg w rapie. Stic.man rehabilituje się w „We’re Not Alone”, z fajnie soulującym refrenem (autorstwa niejakogo Mykela). Ale to nie koniec dziwności. Spójrzmy na taki „Fried Chicken”. Podkład: Mark Ronson (jakby ktoś nie wiedział – autor sukcesów Amy Winehouse). Featuring: Busta Rhymes. No kurde, zajebiście. Zajebiście? No, jednak nie za bardzo. Może i tak miało być – nienachalnie, bez silenia się na stworzenie killera. Tyle że to tak, jakby FC Barcelona ustawowo grała na pół gwizdka, byleby nie oślepiać rywali blaskiem zajebistości Messiego i Iniesty. Zupełnie przeciwny zamysł chyba przyświecał powstawaniu „Make The World Go Round”. Przebój jak w mordę strzelił, ze zwrotką The Game’a i refrenem Chris Browna. Tyle że wyszło podobnie jak w „Hero”. Czyli kasuję z pamięci.
Kiepskie hity, dziwne eksperymenty, sporo nijakości parę rodzynków („You Can’t Stop Us Now”w zbyt małej ilości, by udźwignąć cały album… Przypomniała się mroczna końcówka lat 90tych.
najlepszy moment: BLACK PRESIDENT (FEAT. JOHNNY POLYGON)
ocena: 6,5/10