Nas – Hip Hop Is Dead
rok wydania: 2006
wydawca: The Jones Experience
Jak obiecałem, kontynuujemy historię.
Hip Hop jest martwy. Odważna deklaracja. Kto jak kto, ale akurat nasz bohater może takie werdykty wydawać. Będąc obecnym w grze od ponad 10 lat, pamiętając złoty okres gatunku (będąc zresztą jednym z budowniczych jego świetności) i chroniąc na kolejnych albumach ogień tego najprawdziwszego rapu. A zarazem – co odróżnia go od narzekaczy tkwiących przeważnie z przymusu w undergroundzie – znających problem komercjalizacji rapu od środka, mając na koncie miliony sprzedanych płyt. Tak, słowa tytułu albumu brzmią zdecydowanie poważniej w ustach Nasa z Nowego Jorku aniżeli N.A.S. z Poznania (z całym szacunkiem dla autorów „Pedała Romana”).
Dlatego za ekstremalny paradoks trzeba uznać fakt, że tytułowy kawałek, zarazem najlepszy na płycie wyprodukował nie kto inny jak Will.i.am., wraz z Black Eyed Peas jeden z głównych grabaży gatunku. Ok, pamiętam początki tej kapeli przed dołączeniem koleżanki Fergie, a także wczesne solowe dokonania tego pana. A jednak nie spodziewałem się, że człowiek, który popełnił „My Humps” (choć i tak najgorsze dopiero miało nadejść – „Boom Pow Pow”, co to kurwa jeeeest) będzie w stanie stworzyć taki podkład, kumulujący energię oldschoolu lat 80tych, jak i raprocka (partia gitary wzięta została z „In-A-Gadda-Da-Vida” Iron Butterfly). Co tym bardziej obrzydza mi BEP. Tych muzyków stać na więcej niż to co teraz oferują.
Drugim najważniejszym punktem programu jest „Black Republican” nagrany z do niedawna największym wrogiem, czyli Shawn „Jay-Z” Carterem. Moment ważniejszy ze względów ideologicznych niż artystycznych (a może oczekiwania za wysokie?), ale wciąż – tu dzieje się historia. Zresztą odnowiona (?) przyjaźń obu panów nie sprowadza się do wspólnego kawałka (zresztą pierwszego z wielu, które nastąpiły później) – „HHID” został wydany w Def Jam, któremu prezesował w tym czasie właśnie mąż Beyonce. Do niedawna pragnąć zniszczyć karierę autora „Illmatica”, tutaj nie poskąpił firmowych pieniążków na topowych producentów i gości.
Kogo my tu nie mamy – Kanye West dostarczył dwa podkłady, w jednym udzielając się także wokalnie (kozacki „Still Dreaming”). Wspomniany Will.I.Am napisał także singlowy „Can’t Forget About You” z wokalnym udziałem wciąż zbyt mało znanej Chrisette Michelle i silnie czerpiący z „Unfogettable” Nat King Cole. Po 10 latach do studia nagraniowego Nasa znów zawitał Dr. Dre, przyprowadzając z sobą swego nowego protegowanego, The Game’a („Hustlers”). Delegatów z Zachodniego Wybrzeża zresztą tu więcej – „Play On Playa” to historyczne kolabo ze Snoop Doggiem. „Blunt Ashes” też do pewnego stopnia można określić mianem historycznego, ponieważ jego autorem jest była gwiazda NBA Chris Webber. No i jeszcze „Not Going Back”, choć przypuszczam że akurat występująca tu Kelis żadnych pieniążków za współpracę nie wzięła…
Niestety, album padł ofiarą największej bolączki współczesnego hiphopu, dotychczas nie do pomyślenia na płytach Nasa. W skrócie – kawałki solowe ewidentnie ustępują wcześniej wymienionym. Na szczęście jest ich też zdecydowana mniejszość, a taki „Where Are They Now” stanowi kapitalny wyjątek od reguły.
Czyli co? Kolejna ósemka, choć jednak odrobinę słabsza niż ta dla „God’s Son”. Ale nie aby od razu 7,5/10.
najlepszy moment: HIP HOP IS DEAD (FEAT. WILL.I.AM)
ocena: 8/10