Mystery Train
reżyseria: Jim Jarmusch
Jeśli o tym zapomnieliście, to ja Wam przypomnę: kina studyjne są absolutnie wspaniałe. A jeszcze wspanialsze są kina, które grają stare filmy. I takim kinem jest Kino Amondo, znane także jako Najmniejsze Kino w Warszawie. Spełnienie mojego marzenia o domowym kinie, bo nie tak daleko od mojego miejsca zamieszkania, a 19 złotych za bilet jest naprawdę do przeżycia – zwłaszcza jeśli masz poczucie, że płacisz za to by to cudowne miejsce się utrzymało.
Trudno o lepsze okoliczności by obejrzeć „Mystery Train” Jarmuscha, legendy autorskiego kina – a takowe wręcz należy oglądać w małych kinach. A że mówimy o filmie mającym swe lata i którego wartość już wielokrotnie została zweryfikowana przez ten czas, chciałbym zatem opowiedzieć, dlaczego mnie ten film zachwyca.
Przede wszystkim zachwyca mnie jego wartość wizualna. Jego kolorystyka, dokładnie zresztą przemyślana przez Jarmuscha, to jest dzieło sztuki same w sobie. I dowód, że określenie „ruchomych obrazów” jest zarezerwowane nie tylko dla dzieł Lyncha. Inna sprawa, że te obrazy poruszają się w zachwycająco ślimaczym tempie. I kiedy myślę o tym aspekcie filmu, to gdzieś tam w głębokim kąciku oka roni się łza, że dziś takie filmy wręcz nie mogą powstawać. Nie w czasach, kiedy trzeba przykuć uwagę w mniej niż 3 sekundy, bo inaczej użytkownik podryfuje w inne rejony sugerowane przez algorytmy. Odważę się nawet stwierdzić, że młodszemu widzowi o wiele łatwiej jest zaakceptować czarno biały film (rzecz jeszcze nie tak dawno wręcz nie do pomyślenia) niż film, w którym przejścia to zwykłe fade in/outy. Gdzie postaci mogą siedzieć przy stoliku i zwyczajnie NIE ROZMAWIAĆ. Nie dlatego że są obrażeni na siebie, o czym widz musi się dowiedzieć – tylko dlatego, że tak właśnie wygląda rozmowa w prawdziwym życiu, że czasem gadasz, a czasem myślisz, popijając piwo czy paląc papierosa. To niesamowite swoją drogą, jak współczesne kino – i nie mówię bynajmniej o tym marvelowskim – odeszło od rzeczywistości w tym aspekcie.
Zachwyca mnie też treść tego filmu – niebanalna w swej banalności. Czy jest ten film w gruncie rzeczy o niczym? Jasne że tak. Ale jak to zostało cudownie opowiedziane! No i uwielbiam tego typu konstrukcje filmowe jak w tym filmie – gdzie różne epizody, z zupełnie różnymi bohaterami, łączą się w nie tyle luźny sposób, co wręcz przypadkowy. Ale znów – czy tak właśnie nie wygląda prawdziwe życie? Każdy ma jakąś historię którą ktoś inny uzna za wartą opowiedzenia, przy czym jedyne co może łączyć tych „wybrańców” to to, że się minęli na ulicy. W przypadku „Mystery Train” wspólny mianownik to także obecność w mniejszym lub większym stopniu (i bardziej lub mniej z wyboru) Elvisa Presleya.
No, właśnie. Jako człowiek stawiający przede wszystkim na Muzykę z wszystkim dziedzin sztuki trudno mi nie docenić, jak muzyczny jest to film. Co zresztą nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że Jarmusch sam czasem para się muzyką. Obecność Elvisa (wszak akcja rozgrywa się w Memphis) – którego utwór zresztą nadał tytuł filmowi – to jedno. Cudowna muzyka stałego współpracownika Jarmuscha, Johna Lurie (ostatnimi czasy zyskujący nową popularność za sprawą serialu na HBO poświęconego jego osobie) – to drugie. Ale też – podobnie zresztą jak Lynch – Jarmusch uwielbia dawać aktorskie szanse swoim ulubionym muzykom i nie inaczej jest tym razem. Być może rola Joe Strummera nie sprawiła, że ludzie przestali tęsknić za The Clash, ale już Screamin’ Jay Hawkins w roli właściciela hoteu to rzecz, która zapisała się na kartach historii kina. No i dodajmy jeszcze dość obytego w świecie filmu Toma Waitsa, tym razem niestety obecny tylko głosem na ekranie.
Co tu dużo mówić, Klasyka Kina i tyle. Nawet jeśli życia Waszego nie odmieni.
najlepszy moment: każdy z trzech epizodów jest wspaniały, ale gdybym miał wyróżnić jeden, to chyba stawiam na „epizod japoński”
ocena: 8,5/10
