MØ
kto: MØ
Nie ukrywam, że po półtora roku covidowej posuchy koncertowej wprowadzenie szczepionek sprawi, że będę tu mógł pisać o występach na żywo. Zwłaszcza że już w pierwszym półroczu tego roku miałem zaplanowane kilka wypadów, jak na Helmet, Joy Crookes czy Henry’ego Rollinsa. A tymczasem okazało się, że artyści wciąż nie są do końca przygotowani do wojaży po świecie, lub przynajmniej po Europie. I tym samym mój pierwszy koncert zagranicznego wykonawcy od czasu AJR w Niebie w grudniu ’19 odbył się dopiero dwa dni temu… także w Niebie.
Nie chcę skłamać, że jestem jakimś wielkim fanem MØ. Być może gdyby nie praca w Sony Music nawet niespecjalnie wiedziałbym o jej istnieniu. Ale przez te wszystkie lata promowania Jej twórczości nabrałem do niej tyle sympatii, że muszę znaleźć się w niedzielę w Niebie, nawet jeśli miałoby to oznaczać skrócenie weekendowego wyjazdu. I choć tego dnia pogoda wyjątkowo sprzyjała przebywaniu na zewnątrz, całkiem niemała grupa osób uznała że woli poprzebywać w trochę dusznawym Niebie. Być może nie bez znaczenia było to, że wyjątkowo dobrze dobrano klub pod profil duńskiej artystki – jakoś trudno byłoby mi wyobrazić ją sobie w studencko-rockowej Proximie, a już taka Stodoła czy Progresja mogłyby się okazać jednak ciut za duże.
Tyle słowem wstępu. Na support w postaci Nurse się nie załapałem – skłamałbym mówiąc, że z przyczyn niezależnych ode mnie. Możecie pisać w listach do redakcji czy mam czego żałować. Sama MØ pojawiła się zgodnie z planem na scenie tuż po 21.00 – wraz z tradycyjnym zespołem sekcja + gitara + klawisze oraz ściankami stroboskopów. Choć zaczęła niepozornie spokojnie od „Youth Is Lost”, koncert dość szybko nabrał tempa – raz to taneczno-elektronicznego („Live To Survive”), ale przeważnie za sprawą zespołu całkiem rockowego, momentami wręcz punkowego. Nie bez znaczenia w tej kwestii była sama postać MØ i jej zachowanie – o ile płynięcie na rękach czy wchodzenie w tłum można zmieścić w standardach co bardziej energetycznych wykonawców, to już śpiewanie z pozycji stojącej na barze (umieszczonego na drugim końcu sali) trochę się tych schematów wymyka. Zresztą sam outfit MØ ma coś zarówno z fana rave’ów lat 90-tych, jak i black metalowej piwnicy.
Jeśli chodzi o repertuar, to tutaj też wyczułem lekki bunt w stosunku do tych, którzy oczekują jak najwięcej singli. I trochę żałuję, że zabrakło moich ulubionych „Kamikaze” czy „Sun In Our Eyes”. Ale zdecydowanie więcej było tych utworów, za które MØ pokochał mainstream – włącznie z największym hitem na Jej koncie, czyli featem u Major Lazer w „Lean On”. Jakbym miał wskazać swoich faworytów tego wieczoru, to byłoby to „Blur”, „Nights with You” („o o o oooo”) i oczywisty finał bisów i całego koncertu, czyli „Final Song”.
Turbo sympatyczny koncert i mam nadzieję, że obiecujący start naprawdę obfitego w koncerty drugiego półrocza.
najlepszy moment: FINAL SONG
ocena: 8/10
