In Memoriam: Jacek „Budyń” Szymkiewicz (17.08.1974-12.04.2022)
Tak się złożyło, że w ostatni weekend w Trójmieście odbyła się impreza showcase’owa Sea You, sfocusowana głównie na promocję muzyki znad bałtyckiego morza. Były koncerty, były też i panele dyskusyjne. Podczas jednego z nich Tymon Tymański przekonywał, że przytłaczająca większość muzyki w Polsce, czy to alternatywnej czy mainstreamowej, jest wyzbyta z wszelkiej oryginalności. I być może fakt, że kilkanaście minut później (i kilka łyków piwa więcej, kto wie czy nie z jakimś „bonusem”) próbował sobie sam zrobić loda kazałby przejść obojętnie obok tej wypowiedzi, ale nie da się ukryć, że jest w tym ziarenko prawdy. Wszyscy lubimy Dawida Podsiadło, Quebonafide czy The Dumplings, ale uczciwie trzeba przyznać, że po wyjęciu osobowości wykonawców zostaje muzyka, przy której trzeba byłoby mieć wiele życzliwości mówiąc, że nie mogłaby ona powstać nigdzie indziej i że na pewno nikt takiej nie tworzy. A że Polacy uwielbiają piosenki już im znane, to efekt jest taki, że im bardziej bezpłciowo tym większy zasięg. A w drugą stronę – im oryginalniej, tym bardziej skazujesz się na niszę w najgorszym wypadku, w najlepszym łatkę „najbardziej niedocenionego”. Faktem jest, że wyjątkowo dużo trójmiejskich muzyków podążyło (i wciąż podążają) w tę drugą stronę (stąd też takie eventy jak Sea You diagnozujące i walczące z tym problemem) tworząc swoistą enklawę, ale znalazło się kilku śmiałków, którzy swą oryginalność uprawiali na mniej żyznej niż trójmiejska glebie. Jak Jacek „Budyń” Szymkiewicz, przede wszystkim jako dowódca zespołu Pogodno.
Przy czym trzeba zaznaczyć, że oryginalność oryginalności nierówna. Bo np. to że Ścianka czy Kobong nagrali albumy wielkie w skali światowej to jest fakt, który tylko szaleniec by podważał. Ale jest też taka grupa muzyków alternatywnych (i mówimy o prawdziwej alternatywie a nie jej pop odmianie pokroju Darii Zawiałow czy Krzysia Zalewskiego), która choć tworzyła wybitnie swoje rzeczy, to nie potrafiła znaleźć uznania w kręgach lokalnej krytyki muzycznej myślącej w bardziej globalnych kategoriach (w skrócie Porcys). Patronem tej kategorii jest śp. Robert Brylewski. Każdy, komu bliska jest szeroko pojęta polska muzyka alternatywna ma Roberta głęboko w sercu, ale spróbuj przetłumaczyć jego fenomen komuś, kto wychował się na My Bloody Valentine i Sonic Youth zamiast Republiki i Maanamu – próbowałem, jest ciężko. I podobnie było z Pogodno, w Porcysowych kręgach uznawanych kiedyś za czołowych reprezentantów „polskiej altenatywki”.
I ja się nawet mógłbym zgodzić, że przy zestawianiu któregokolwiek z klasyków Pogodna i albumów pokroju „Daydream Nation” czy „Remain in Light” pojawia się pewien dysonans. Tyle że mnie on nie obchodzi. Jaram się Nasem czy Travisem Scottem, ale jeśli miałbym wziąć jakieś albumy na bezludną wyspę, to prędzej wziąłbym „Skandal” czy „chillwagon”. Bo muzyka to nie tylko muzyka, ale też przekaz który rozumiem (i nie chodzi o kwestie językowe) i konteksty których doświadczyłem empirycznie więc są mi bliskie. Działa to także przy filmach, o czym wspominałem w jednej z niedawnych recenzji – przeważnie bardziej trafia do mnie polski film, bo przeważnie opowiada on o problemach które mnie dotyczą.
I z tego powodu też – chociaż przepraszam że tyle zajęło wyjaśnienie tego – Budyń jest dla mnie absolutnym bohaterem, Legendą, jednym z nielicznych prawdziwych mentorów Alternatywnej Polski – tej zasłuchanej, ale też i tworzącej. I to zarówno tej spod znaku Offa, jak i Męskiego Grania. W przeciwieństwie do Tymona Budyń nie obrażał się na bardziej komercyjnych twórców, chętnie z nimi współpracując (choć oczywiście profit tych współprac nie ograniczał się tylko do artystycznego spełnienia). Najprawdopodobniej jego osobowość by na to nie pozwalała, co potwierdzi każdy który choćby widział wywiad z Budyniem. Albo widział go na koncercie.
No właśnie, koncerty. Bo świetne płyty to jedno (część z nich opisana na tym blogu – tu przede wszystkim bym wskazał wbrew swej trójmiejskości na „epizod śląski”, czyli „Pogodno Gra Fochmanna”), ale koncerty… Każdy kto był potwierdzi – to był Żywioł. Level Rammsteina, tyle że bez potrzeby odpalania pirotechniki by wywołać ogień. No i zdecydowanie warto odnotować działalność poza Pogodnem – tu wskazuję pierwszą solówkę „Kilof” głównie ze względu na wartość sentymentalną. To na okres wydania tamtego albumu przypadła moja największa zajawka nawet nie tyle muzyką, co życiem w ogóle – i jakbym miał tamten czas ująć w dźwiękach to byłby to „dżez” z tamtego albumu.
Kawał wspomnień, kawał muzyki, kawał inspiracji. Tak, w żadnym innym kraju takiego Budynia nie mieli, jestem o tym w stu procentach przekonany.