rageman.pl
Muzyka

Declan McKenna

gdzie: Progresja, Warszawa

kto: Declan McKenna

 

Koncertowy sezon rozkręca nam się coraz szybciej. Wprawdzie znów pękło mi serce w międzyczasie, kiedy odwołali mi mój pierwszy koncert Deftones, na szczęście europejscy wykonawcy nie mają problemu z przyjazdem do naszego kraju. Zwłaszcza ci, którym wciąż chce się poszerzać swoją fanbazę.

Declana McKennę miałem okazję poznać w ramach pracy w Sony Music, z którą jest związany od lat. I patrząc przez pryzmat streamów na Spotify zdziwiłem się, kiedy okazało się że swój pierwszy polski koncert zagra w niemałej przecież Progresji. Jeszcze bardziej zdziwiłem się widząc, że ta Progresja w niedzielę była wypełniona niemal do pełna. I to bynajmniej nie przypadkowymi uczestnikami. Ostatni raz coś takiego widziałem na The Neighbourhood, a wcześniej może na Backstreet Boys za dzieciaka – nastoletnie psychofanki znające każde słowo tekstów piosenek, piszczące aż na granicy płaczu. Z jednej strony miałem w trakcie koncertu lekkie odczucie zażenowania podobne prawdopodobnie do tych sytuacji, kiedy na imprezach w klubach studenckich widać kolesi po 50tce podbijających do połowy młodszych dziewczyn. Z drugiej jednak strony nie jest powiedziane, że na koncertach Nirvany 30 lat temu nie wyglądało to podobnie. Jako starego boomera cieszy mnie, że gitary wciąż są popularne przynajmniej wśród części dzisiejszej młodzieży.

No bo właśnie – wprawdzie w wersji studyjnej muzyka Declana lawiruje gdzieś w pół drogi między alt rockowym graniem a mainstreamem, lokując się wśród takich wykonawców jak Tom Grennan, George Ezra czy nawet Harry Styles, ale na koncercie siłą rzeczy nabiera to zdecydowanie bardziej gitarowego wymiaru. I to, co odróżnia Declana od wyżej wymienionych, to o wiele większe nacechowanie britpopem – do tego stopnia, że momentami brzmi to jak bardziej przebojowy, wczesny Blur. Na pewno w tym skojarzeniu pomaga podobieństwo Declana do młodego Damona Albarna – chociaż wydaje się, że samego zainteresowanego od ulic Londynu bardziej interesuje Kosmos i androgeniczność wykonawców pokroju Bowiego. Niezbitym dowodem był wczorajszy koncert, na którym nasz bohater wystąpił w obcisłym, lateksowym wdzianku. Nie przeszkodziło mu to jednakowoż być wulkanem energii biegającym po scenie i wchodzącym na głośniki.

Kiedy ma się na koncie dwa albumu, to raczej jest niskie prawdopodobieństwo że jakiś fan wyjdzie z koncertu niezadowolony brakiem ulubionego utworu w setliście. A kiedy gra się półtoragodzinny koncert to to prawdopodobieństwo maleje praktycznie do zera. Declan szczelnie wypełnił ten czas, nie sięgając po covery, długie przemowy czy wydłużone solówki. A porwał publikę już od samego początku, serwując „Beautiful Faces” czy mój ulubiony „Rapture” (choć osobiście preferuję remix tegoż w wykonaniu Georgii). Indie rockowa na samym wstępie, która utrzymywała się przez większość czasu, z przystankami na występy z gitarą akustyczną (np. „Make Me Your Queen”). W dwóch momentach czteroosobowy zespół Declana (grający bez zarzutu jako całość, aczkolwiek wyróżniłbym perkusistkę, ponieważ zawszę będę miał słabość do kobiet w sekcjach rytmicznych) wspomagał Will Joseph Cook, występujący tego dnia jako support (jak również „nasz” Arek Kłusowski – podobnie jak na MØ, ten segment wieczoru ominął trochę z obowiązków rodzinnych, a trochę z lenistwa). Kiedy razem z Willem odgrywali największy hit „Brazil” wydawało się, że to już absolutny koniec wieczoru, a tymczasem dobili absolutnie fantastycznym „British Bombs”.

Radujmy się koncertową ofertą póki możemy.

 

najlepszy moment: obiektywnie to „British Bombs”, subiektywnie „Rapture”

ocena: 7,75/10

Leave a Reply