Millionaire – Paradisiac
rok wydania: 2005
wydawca: Play It Again Sam
jest problem. na tym blogu piszemy wciaz o Muzyce z trzech krajow – Polska, UK, USA. czasem Australia sie nawinie, o muzyce germanskiej to nie bylo tyle czasu ze hoho. troche rozwiazemy ten problem dzisiejsza notka. bylo tu kiedys cos o kapelach z Belgii? nie? no to przed Panstwem Millionaire.
Belgia jakims zanadto wielkim krajem nie jest, wiec ich scena rockowo-alternatywna tez proporcjonalnie szalu wielkoscia nie robi. wymieniajac nazwy skladow z tamtych rejonow przewaznie odnosimy sie do tych samych nazw, a nawet tych samych nazwisk. w kazdej takiej wyliczance musi pasc nazwa dEUS i owszem – Millionaire sporo ma z tym szyldem wspolnego. a to za sprawa faktu, ze frontman tych drugich w pewnym momencie sekundowal na gitarze podczas trasy dEUS. w pewnym momencie poszedl za glosem serca i zalozyl wlasna kapele. debiut komercyjnego spustoszenia nie zrobil, natomiast znalazl poklask wsrod roznych gwiazd alternatywy pokroju PJ Harvey czy Muse. przede wszystkim zas wpadl w sidla Josh’a Homme’a. co wywrocilo swiat Milionera juz na zawsze, na dobre i na zle.
stonerrockowa rodzine lacza wiezy silniejsze niz u Soprano, kto raz wejdzie w ten krag juz na zawsze bedzie z nim kojarzony, czy to mu sie podoba czy nie. owszem, PJ Harvey po uczesniczeniu w Pustynnych Sesjach wrocila na swoje wlasne, unikalne podworko, a Arctic Monkeys poprzez powierzenie „Humbuga” producenckiej pieczy Homme’a nie przestala byc ulubiencem NME i brytyjskich nastolatkow. Millionaire takiego szczescia nie mieli.
ciezko powiedziec, na ile to wina dominujacej osobowosci bylego lidera Kyuss’a, a na ile samego zespolu. debiutu Belgow nie slyszalem. natomiast trudno skontrowac opinie, ze Millionaire AD „Paradisiac” to taki kuzyn Queens Of The Stone Age. niby daleki, bo zza oceanu, ale stylistycznie momentami blizniaczy („Alpha Male”, „For A Maid”, a moznaby jeszcze cos wymienic). o ile np taki Eagles Of Death Metal (zreszta lider Millionaire takze tu sie udziela) to QOTSA w wersji light, to Millionaire czerpie najwiecej z tego bardziej psychodelicznego, transowego oblicza anizeli rockandrollowego („Lullabies to paralyze”, powiedzmy).
a jednak ta plyta, mimo jednak kulejacej oryginalnosci, moze sie podobac. bo raz – stonera nigdy za wiele. dwa – te motoryczne riffy naprawde wwiercaja sie w mozg (wspomniany „Alpha Male”, „I’m On High”, „We Don’t Live Here Anymore”). trzy – bywaja tez i wyjatki. jak przede wszystkim sliczny „Ballad Of Pure Thought”, gdzie mantrowa riffownie zastepuja dzwieki akustyka, a pieprzniecie perkusji (skadinad genialnie brzmiacej przez cala plyte) – loop komputerowego beatu. no i przede wszystkim tutaj slychac, ze Tim Vanhamel nie ma nic ani z Homme’a, ani tym bardziej z Johna Garcia. a jesli juz porownywac, to predzej nasuwa sie na mysl… Thom Yorke.
szkoda jednak, ze ten calkiem niezly wokal tak rzadko slychac. nie, aby intrumentalne granie dominowalo. po prostu panowie strasznie lubuja sie w elektronicznych bajerach, efektach znieksztalcajacych nie tylko wokale, ale i intrumentalne podklady w calosci. co momentami bywa naprawde przegiete – vide okropnie meczacy „Wake Up The Children”. ale generalnie mozna Homme’a-producenta spropsowac.
ponoc trzecia plyta, po tylu latach w drodze. nawet jesli juz nikt nie czeka to warto bedzie ja odnotowac.
najlepszy moment: BALLAD OF PURE THOUGHT
ocena: 7,5/10