rageman.pl
Muzyka

Miles Davis – Doo-Bop

rok wydania: 1992

wydawca: Warner

 

yo, dzis dalej o hiphopie, tyle ze juz na pelnym legalu, poppieprzonym ze sklepu.

…. zaraz zaraz, Miles Davis i hiphop? ano wlasnie. jak juz pisalismy jakis czas temu, na stare lata Davis sie troszke unowoczesnil. tyle ze o ile np w przypadku takiej Amandli wciaz mozna bylo mowic o jazzie (nie krystalicznie czystym – o ile takowy istnieje – ale wciaz jezzie), tak juz z „Doo-bop” sprawa nie jest taka prosta.

a bylo to tak – siedzial sobie pewnego razu Miles w swym nowojorskim apartamencie, gdy wtem.. wtem otworzyl okno i co uslyszal? hiphop uslyszal. hiphopem zyly wtedy nowojorskie ulice (hence the genre title: URBAN music), przechodnie krokami beat kreowali, bezdomni rymami zebrali o pieniadz, klaksony i piski opon niczym sample wybrzmiewaly ponad tym wszystkim… oczywiscie, co bardziej cynicznie nastawieni to swoiste oswiecenie nazwaliby wyweszeniem koniunktury, podczepienie sie starego dziada pon nowa mode. i w sumie trudno powiedziec kto ma racje… w kazdym badz razie opowiastka nasza konczy sie tym, ze natchniony Davis skontaktowal sie ze swym zipem z Def Jam, Russellem Simmonsem i poprosil go o namiary na jakiegos dobrze rokujacego producenta rapowego. takowe namiary otrzymal – szczesliwiec nazywal sie Easy Mo Bee: dzis juz nieco zapomniany (w sporej mierze „dzieki” syfnym showbizowym realiom – tu wszyscy na raz wykrzykuja: FUCK U, DIDDY!!!!!), ale swego czasu juz za zycia legendarny. debiut u boku Davisa to, sami przyznacie, niezly prognostyk na przyszlosc.

jak wiec wypada ten, badz co badz, historyczny bo ostatni album Davisa? najkrocej byloby powiedziec: specyficznie. bo nawet gdyby Davis w trakcie nagrywania albumu nie zmarl i calosc bylaby sklejona od A do Z wg zamierzen Autora, album nie mial by takiego organicznego pierdolniecia co „Bitches Brew”. inna sprawa, ze nie taki byl nawet cel. ta Muzyka, podobnie jak dokonania sprzed dwoch dekad, wciaz ma zabojczy groove przed duze G. tyle ze innego sortu. stricte przyjemniacki, slonecznie stymulujacy, wrecz imprezowy. taki klimat panuje w tych stricte oldschoolowych, smoliscie gestych i na samplach osadzonych podkladach; w podobnym nastroju plynie po tych beatach trabka Davisa. mimo wszystko nawet obecnosc w trzech numerach rapu (producenta oraz blizej nieznanych zawodnikow) nie zmienia faktu, ze mowiac o imprezowej atmosferze trzeba miec bardziej na mysli kameralna potancowke badz grilla niz baunsy w Platinium badz Parlamencie. na szczescie!

na kolejna rewolucje w gatunku szans nie bylo, ale zupelnie to nie wplywa na kozackosc materialu.

 

najlepszy moment: BLOW (feat. Easy Mo Bee)

ocena: 7,5/10

 

Leave a Reply