Bobby McFerrin – The Voice
rok wydania: 1984
wydawca: Elektra/Musician
okolic jazzu ciag dalszy.
„The Voice”, drugi w dyskografii McFerrina, ma status albumu legendarnego. a to z tego powodu, iz jest to pierwszy w historii album klasyfikowany jako jazzowy, a nagrany bez jakiegokolwiek akompaniamentu instrumentalnego. sam niesamowity Glos McFerrina. na dodatek niezmacony jakakolwiek interwencja magikow studiow nagraniowych. dokladnie takim go slyszymy, jakim slyszeli go takze uczestnicy niemieckich koncertow zarejestrowanych na tej plycie.
klasyfikowanie tego albumu jako alternatywnego, jazzowego mialo swe uzasadnienie – w tym czasie nikomu nie przeszlo na mysl, ze jakis utwor McFerrina bedzie regularnie sie pojawial w MTV i rezonowal w glowach nawet sluchaczy rmf fm. poza tym sam McFerrin prowokowal takie szufladkowanie biorac na warsztat kompozycje Parkera czy Strayhorna. zreszta juz na wysokosci „The Voice” forsowal strategie repertuarowa „garsc autorskich piosenek i tyle samo coverow”. ale choc „I feel good” Jamesa Browna czy kolejna przerobka Fab Four „Blackbird” nie biora jencow, to jednak nie one stanowia clou programu. nawet jesli natchionemu „El Brujo”, grooviastemu „I’m my own walkman” (akurat ten facet moze takie rzeczy o sobie mowic, heh) czy lirycznemu „Music Box” brakuje troche do bycia Kompozycjami Pelna Geba, to wciaz sa to kawalki z wlasna osobowoscia, ktore w instrumentalnej aranzacji moze nawet podbijalyby listy przebojow.
ale „The Voice” pod jednym wzgledem nie rozni sie od innych koncertowek wydawanych na plytach – takie wystepy trza zobaczyc na zywo, a nie odsluchiwac na kanapie.
najlepszy moment: I FEEL GOOD
ocena: 8/10