Chada – Proceder
wydawca: DIY
jedziemy dalej z polskim rapem.
Chada, choc rezyduje na polskiej hiphopowej scenie niemal od jego samiutkiego poczatku, a legalny debiut zaliczyl na slynnym „Skandalu”, jakos nigdy nie byl wymieniany wsrod topowych zawodnikow. owszem, nie zaliczanie go do rapowej ekstraklasy byloby przesada, ale jednak blizej mu bylo strefy spadkowej niz pucharowej. zreszta – raczej znamiennym jest fakt, ze solowy debiut na legalu zaliczyl dopiero w tamtym roku. ok, byl wczesniej klasyczny juz w sumie album z Pihem „O nas, dla was”, ale jednak…
i kiedy juz zaliczyl ten historyczny debiut zdarzyl sie dramat. Chada trafia do wiezienia na 2 lata (teoretycznie – praktycznie to wyszedl juz z niego calkiem niedawno), a promocje albumu trafia szlag. niby pojawiaja sie single, klipy, tyle ile mozna zdzialac, kiedy glowny zainteresowany jest praktycznie niedostepny dla swiata.
wszelkie te okolicznosci, choc na pewno w niezamierzony sposob, urozmaicaja odbior albumu (zreszta Chada nagrywal ten album majac juz wyrok na karku, liczac ze pozostanie on jednak w zawieszeniu). urozmaicaja, choc niestety nie na tyle, by zaslonic fakt, ze sredniackie to wydawnictwo, a biorac pod uwage tyle lat oczekiwania – nawet rozczarowujace. pozwala niejako tez zrozumiec, skad to opoznienie w solowym objawieniu sie swiatu.
bo moze i Chada to czlowiek typu niekonczaca sie opowiesc, z kopalnia przezytych historii w zanadrzu. ale niemal zupelnie nie potrafi ich przelozyc na intrygujace zwrotki, przepelnione wersami ktore trafialyby prosto w serce i ktore moznaby je tam zatrzymac na dluzej. w ficzuringach u innych jeszcze jakos to dotychczas wygladalo, ale juz pelnowymiarowa oferta wlasna sprawia wrazenie, jakby hiphopowy swiat, w Polsce obfitujacy znow w coraz ciekawsze produkcje, troche uciekl Chadzie. bo nawet zawezajac kontekst do ulicznego rapu spokojnie znalazloby sie tuzin ciekawszych albumow z ostatnich paru sezonow. symbolicznym dla problemu jest „Dramat”, czyli kolejne spotkanie Chady i Piha. 7 lat temu Chada musial dobijac do poziomu Piha, tutaj juz nawet nie ma sensu porownywac. a przeciez ten drugi, o czym juz napominalem, to zaden moj faworyt. inna sprawa, ze Pih to typ urodzony do takich lirycznych pociskow, przy ktorych prawilniacy zakrywaja uszy.
zreszta dwa pozostale aspekty rap produkcji – czyli wystepy goscinne i podklady – tez nie zachwycaja. tych ktorzy mogliby calosc wzniesc o pare poziomow wyzej – Fu i Mesa – wynajeto do odspiewania refrenow. zamiast temu dano dluzsza chwile Onarowy, ktory znow cos tam belkocze na wydechu o klabingu. o ile Gabi w „Ten styl” jakos daje rade, tak niejaka Helena w „Pod Koniec” to jakies nieporozumienie, jak i caly zreszta kawalek. najlepiej wypadaja ci, po ktorych spodziewalem sie najmniej – Ero w „Nie byloby tematu” i przede wszystkim Chwedo & Pyskaty w „Za pozno na za wczesnie”, najlepszym tu tak tekstowo, jak i muzycznie. bo cala reszta podkladow ni chuja nie potrafi zapasc w glowe na dluzej. wiochy nie ma, ale zeby chociaz jedna sekunda jakiejs bossowotasci… a tak – poziom wyrownany jak blat nowiuskiego stolu z Ikei.
plyta, ktora sobie po prostu istnieje, sobie zostala wydana, mozna sobie po prostu posluchac z umiarkowana przyjemnoscia i sobie zapomniec po jakims czasie. chyba jednak nie tak ten debiut mial wygladac.
najlepszy moment: ZA PÓŹNO NA ZA WCZEŚNIE (feat. Chwedo & Pysk)
ocena: 7/10
