rageman.pl
Muzyka

Miles Davis – Bitches Brew

rok wydania: 1970 (reedycja: 1999)

wydawca: Legacy

 

czyli co, nadszedl czas na Milesa Davisa, eh? ja, maluczki, wychowany na Rage Against The Machine, Guns N Roses, WFD i Michaelu Jacksonie mam miec czelnosc oceniac jedno z najwiekszych dziel prawdopodobnie Najgenialszego Artysty Jazzu, tak? pojebalo?

okej, moze tak dla dopelnienia tej notki czyms malo zenujacym – troche historii.

rok 1969. w stanach zjednoczonych (czyli prawie jak na calym swiecie) = rok wielkich zmian, przelomow. tak historycznych i spolecznych, jak i w sztuce. jesli chodzi o to ostatnie, ograniczajac sie do muzyki – hippisowskie idealy sierpnia powoli odchodza do lamusa, a wraz z nimi era optymistycznego, tudziez nazywajac rzecz po imieniu – naiwnego plumkania. The Rolling Stones dobijaja – doslownie i w przenosni – hippisow koncertem w Altamont. ich konkurenci z The Beatles juz od dawna graja we wlasnej lidze. rockowe kapele nie dosc ze podkrecaja wzmacniacze, to jeszcze rozciagaja piosenki do kilkunastowminutowych form, beszczelnie kpiac z poczciwego schematu zwrotka-refren. rodzi sie progresywny rock.

zapewne nie ma bardziej snobistycznego gatunku muzycznego niz jazz, co objawia sie chocby w tym, ze fani takowego widzieliby swoj ulubiony genre jako cos totalnie wyrozniajacego sie, najmniej majacego wspolnego z tym, co powszechnie kojarzy sie ze slowem Muzyka. i, gwoli sprawiedliwosci, tak de facto jest – nie bez powodu szkoly muzyczne wprowadzaja podzial na Jazz i Muzyke Rozrywkowa. ale i ten gatunek nie uchronil sie od zmian, ktore dotknely swiat muzyczny. wiecej – ow muzyka rozrywkowa przeniknela i wywrocila do gory nogami caly ten elitarny jazz.

i tu pojawia sie postac Milesa Davisa. najpierw byl jednak „In a silent way”. to na ten album „datuje sie” pelna inkorporacje pomyslow specyficznych dla funku i rocka do muzyki jazzowej. oczywiscie album okazal sie kolejnym mega-artystycznym sukcesem Davisa, od dawna bedacego pare krokow przed kolegami po fachu. ale to jednak o „Bitches Brew” pamieta i mowi sie przede wszystkim. to ten album jest jednym z najlepiej sprzedajacych sie w jazzowym gatunku. to on, wespol z wczesniejszym niemal o dekade „Kind Of Blue” przoduje w rankingach. no i sesje do tego albumu owiane sa legenda na rowni z zawartoscia plyty.

pomowmy o tym ostatnim aspekcie. lato ’69. dzien po zakonczeniu Woodstocku na trzy dni w studiu wytworni Columbia zainstalowal sie Davis wraz z akompaniujacymi mu muzykami. dosc licznym gronem muzykow – nalezy dodac. Wayne Shorter, Chick Corea, John McLaughlin, Joe Zawinul, Dave Holland, Don Alias.. i wcale nie bylo tak, ze Davis zebral jakas jazz-smietanke towarzyska, choc pare nazwisk mialo juz jakas tam renome. chodzilo o wybranie Najlepszych – nie Najpopularniejszych (choc ok, chyba jak w zadnym innym gatunku oba te aspekty ida czesto w parze) – muzykow parajacych sie jazzem. ale prawda jest taka, ze to Davis uczynil z tych muzykow Nazwiska. zaproszenie przez Davisa do wspolnego grania – czy koncertowego czy tylko studyjnego – bylo jak pasowanie na rycerza. przywilejem, ale tez – o czym wczoraj juz napomknelismy – pewnym przeklenstwem. tak na spuentowanie tego wywodu: Weather Report. Return To Forever. Mahavishnu Orchestra. Circle. jak myslicie, gdzie narodzily sie te kapele? dokladnie tak.

dzis ten album mozna rozpatrywac jako jedno wielkie zwyciestwo ludzi nad maszynami. wiem, kosmos i banal, ale tak wlasnie to widze. co dla osob owczesnych mogloby byc paradoskem – w koncu mowimy tu o jednej z przelomowych plyt dla „elektrycznego grania”. ale to wciaz graja ludzie, cala zawartosc muzyczna tej plyty opiera sie na tej unikalnej chemii, jaka wytwarza sie miedzy grajacymi muzykami. i to nie jest zaden kolos na glinianych nogach – wylapanie faktu, ze ten sklad gra z sobie praktycznie pierwszy raz, jest wrecz niemozliwe. a mogloby przeciez skonczyc sie z tragedia – na legendarnosc tych sesji sklada sie tez chocby to, ze wytyczne, jakie otrzymali muzycy przed rejestracja wspolnego muzykowania, byly ograniczone do minimum. zreszta, co jakis czas slychac Davisa wyznaczajacego tempo pstrykaniem palcow czy wrecz wydajacego na glos polecenia pozostalym muzykom. co tez sie sklada na Magie tego albumu. i niczego nie zmienia fakt, ze efekt koncowy poddano mocnej postprodukcji.

zadnych hajlajtow wyszczegolniach wsrod tych 6 kompozycji (wlasciwie to siedmiu, ale o tym za moment) nie bedziemy. okej, chyba ze byscie postawili mnie pod sciana do odstrzalu – wskazalbym „Miles Runs The Voodoo Down”, szczegolnie za rozjbrajajacy poczatek. ale nie w hookach tu rzecz, nie mowiac juz o melodii (choc poczatek „Sanctuary” jest wrecz ladny, choc to cytat jakby…). wiem, piszac te slowa zapewne dla niektorych caly czas permanentnie przekraczam granice snobizmu. „bo wypada”. nie, to nie tak. ja nie jestem fanem gatunkow muzycznych jako takich. ale jesli mialbym byc, to niekoniecznie musialby to byc jazz. brakuje mi w nim czasem pewnej powtarzalnosci, wrecz – say it loud n’ proud – schematycznosci, prostoty. nie zawsze czuje sie na silach wchodzic w ten swiat. byc moze to co wykreowali Davis i spolka na „BB” to jeden z najtrudniejszych mikroklimatow, jaki mozna wytworzyc w jazzie, nie mowiac juz o muzyce jako takiej. niebezpieczny jak dzungla, w ktorym niewiele brakuje by dostac zawrotu glowy i widziec obrazki tak porabane jak artwork tego wydawnictwa. byc moze nigdy za zycia nie bede czul sie pewnie w tym swiecie, nie skumam tej muzyki, chocby mial jak na repeacie 24h na dobe. ale chce sie w tym swiecie przebywac, chce probowac jednak go poznac. nawet jak nie wiem, o co tu kurwa chodzi („bo dzezu nikt nie kuma, nieeee”), to chce sluchac tych dzwiekow. na podobnej zasadzie traktuje niektore filmy Lyncha (tak, nawet teoretycznie bezsensowny „Inland Empire”) – czysta rozkosz dla oczu. a na skumanie przyjdzie czas jak bede starszy i powazniejszy.

10/10 byloby oczywistem dowodem na wspomniany nieraz tutaj snobizm. poza tym wcale nie jest tak jednak, ze to moj najukochanszy album, a przeciez mocno subiektywnie traktuje tu omawiane plyty. ale no TRZEBA znac ten album. przesluchac go minumum raz w zyciu. sprobowac go ogarnac. latwo jest sobie wmowic, ze cos jest Dobre i katowac sie ow czyms naokraglo, nie czerpiac zadnej z tego przyjemnosci. ale tutaj nie ma co sie spierac – miliany ludzi nie moga sie mylic. trzeba probowac dalej. zreszta, jak wspomnialem – nawet bez ogarniecia tej zawartosci mozecie dostrzec, ze to kurcze jest dobre. nie wiesz czemu, ale tak czujesz. byc moze tez bede mial kiedys rozpracowany ten album. musze tylko wyrzucic z winampa mroza i lady pank.

(reedycja z ’99 to takze dodatkowy utwor „Feio” – nagrany w styczniu ’70 roku, ale w podobnym skladzie [wyjatek to Billy Cobham na perkusji] – oraz solidnie wypelniona trescia ksiazeczka. warto zainwestowac. tym bardziej ze w sumie nie wiem, czy jest inna wersja na cd tego albumu)

 

najlepszy moment: MILES RUNS THE VOODOO DOWN

ocena: 9,5/10

Leave a Reply