Miles Davis – Amandla
rok wydania: 1989
wydawca: Warner
co swiadczy o tym, ze dany artysta zasluguje na miano Geniusza? ile plyt wybitnych trzeba wydac, by posiasc taki tytul? a moze trzeba caly czas wybitne plyty wydawac? utrzymywac wysoka srednia jakosciowa? moze chodzi o to, ze nie mozna wydawac ewidentnie slabych plyt? a jaki wplyw na ow genialnosc maja muzycy, z ktorymi sie gra? a jesli chodzi nie o sama jakosc muzyki przezez tworzonej, co o jej innowacyjnosc (moze jedno zawiera sie w drugim?)? i w ogole – co to znaczy dobra/zla plyta?
ostatnio coraz blizej jestem stwierdzenia, ze nie ma czegos takiego jak obiektywna ocena muzyki. frazesow typu „nie ma podzialu na gatunki, jest tylko muzyka dobra i slaba” to zwykle pierdolenie, ktore moze swiadczyc albo o ignoranctwie, albo o lenistwie i nieumiejetnosci podjecia rozmowy przez autora tych slow (albo o wszystkich tych przypadkach jednoczesnie). ale jesli trzebaby nazwac jakiegos muzyka niekwestionowalnym Geniuszem, to na pewno Miles Davis mialby spore szanse.
a jednak i on nie nagrywal samych wybitnych plyt, nie utrzymywal przez caly swoj artystyczny zywot formy z „Bitches Brew” czy „Kind Of Blue”. okej, duzo tych plyt ma na koncie. mial to szczescie dlugo byc w stanie naggrywac (przeszlo 40 lat), dodatkowo w naturze jazzmanow lezy wydawanie albumow minimum raz na rok. logicznie rzecz wiec ujmujac – no *nie mogl* wydawac samych genialnych plyt. a i tak warto zauwazyc, ze jednak nie zaliczyl artystycznej wtopy przez te lata.
skad ten przydlugawy wstep? by zrozumiec „Amandle”. by zamortyzowac szok, jaki wywoluje jej zestawienie z wczesniejszym o niemal 20 lat „Bitches Brew”. okej, teoretycznie sie nie powinno. przeciez dwie dekady to szmat czasu, mialo prawo sie wiele pozmieniac. i pozmienialo. tak w Muzyce jako takiej, jak i w tworczosci (i zyciu) Davisa. zdazyl w miedzyczasie zaliczyc artystyczna emeryture i kolejna diametralna metamorfoze jako artysta. osoby zajmujace sie muzyka wyodrebniaja ostatnia dekade zycia Davisa nie tylko ze wzgledu na fakt, ze byl to powrot po dluzszej przerwie. to byl dziwny czas w jego zyciu. strach uzywac tego slowa, ale niech bedzie – sPOPowial troche. stal sie ikona nie tylko dla fanow jazzu. taki Nergal, tyle ze cwierc wieku temu i w jazzie. ale zadnej Dody na szczescie nie bylo. byly za to kolaboracje ze Stingiem czy branie na warsztat „Human Nature” Michaela Jacksona. nawet kurcze z wygladu chlopak sie zmienil – przegladajac jego portrety na przestrzeni lat mozna odniesc wrazenie, ze im byl mlodszy tym bardziej elegancki. okej, ale to wszystko co wymienilismy to pierdoly. najwazniejsza jest muzyka. no i wlasnie…
„Amandla” to byla trzecia plyta, nad ktora producencka piecze sprawowal Marcus Miller. i slychac jego reke. niestety. ja bardzie lubie tego faceta, czemu przeciez dalem niedawno wyraz na blogu. ale tak moim zdaniem Davis brzmiec nie powinien. gdzie znane z wczesniejszych lat szalenstwo, gdzie ta chemia grajacych z soba wymiataczy instrumentalnych, gdzie te wieloplaszczyznowe kompozycje, gdzie zwodzenie sluchaca przez minimum 10 minut? nie ma. sa pieciominutowki, krystalicznie czysta produkcja, nienaturalnie brzmiace bebny, kurcze jakis nawet posmak lat 80tych jest. niby funkowy groove, ale jednak nie groove. jest przyjemne, blizej smooth jazzu niz fusion nawet. no okej, ale skoro rzeklo sie A, to trza i powiedziec B. dlaczego prawie w ogole nie ma zadnych bardziej zapamietywalnych motywow? nawiazujac do pytania z pierwszego akapitu – dlaczego ze starych kompanow ostal sie tylko Don Alias i Al Foster? okej, jest George Duke, Kenny Garret, Mino Cinelu… ale to, no offence, spadkowe rejony ekstraklasy. a skoro mowa o Duke’u – on odpowiada kompozycyjnie za „Cobra”. numer warty wyroznienia. podobnie jak naprawde niezly „Big Time” i zamykajacy stawke, liryczny „Mr Pastorius”, z ktorym Marcus zmierzyl sie, jak pamietamy, takze na „The Sun Don’t Lie”.
to nie jest zly album, co Davis to Davis. poza tym – takie jego oblicze tez trzeba znac. ale jednak… afera troche.
najlepszy moment: BIG TIME
ocena: 7,5/10