Microexpressions – Lie In Wait EP
wydawca: DIY
Jak wspomnieliśmy, dziś o najświeższym – choć Michał Stambulski pracuje już ponoć nad nowym materiałem – dokonaniu Microexpressions.
Długo się zastanawiałem po wczorajszej recenzji, czy „Deep Snow” nie powinienem uhonorować jednak wyższą oceną. Argument przeciwko był głównie taki, że jeszcze będzie czas na ósemkowe (i wyższe!) noty. Choćby przy okazji „Lie In Wait”. A tu psikus.
Ustalmy fakty – to na pewno ambitniejszy, dojrzalszy, bardziej wysmakowany materiał. Było więcej niż pewne, że pójdą w tę stronę, wszak to co pierwsze powalało na „Deep Snow” to geniusz aranżacyjny dwójki muzyków stojących za tamtym (oraz „Lie In Wait”) materiałem. Padło wczoraj porównanie do TV On The Radio i będę dalej się przy nim upierał, z podkreśleniem, iż mowa o zbliżonym podejściu do materii muzycznej, do konstruowania brzmień, aniżeli dosłownego cytowania patentów (inna sprawa – byłoby coś złego w tym, gdybyśmy mieli „polskie TV On The Radio”, skoro przechodzimy do porządku dziennego nad bardziej ordynarnymi podróbkami zagranicznych kapel?). Na „Lie In Wait” dochodzi do tego ten aspekt muzycznego jestestwa ekipy Sitka, który na „Deep Snow” nie był zanadto wyczuwalny, czyli podwyższony poziom hymniczności, wzniosłość, wręcz patos w jego jak najbardziej pozytywnym znaczeniu (jest takowe, serio).
Choć panowie wciąż nie wyrzekli się gitar, to wydaje się, że ich znaczenie jest na tym ponownie-pięcioutworowym materiale jeszcze mniejsze. Najlepiej to widać na przykładzie „Land Can Be” – przy tak wielowątkowej, ośmiominutowej kompozycji statystyczny rockowy zespół na pewno uwzględniłby jakiś fragment jeśli nie z solówką, to przynajmniej z (post) pierdolnięciem. Nie aby takowego tu nie było, podobnie jak gitar, ale to co wynosimy z kompozycji to przede wszystkim jej niesamowity, porywający-i-uspokajający jednocześnie nastrój. Nie wyjątkowy zresztą na tym wydawnictwie – vide „Fake Miracles”. Jedno jest pewne – tym razem „festivalowych” klimatów tu nie uświadczymy. A jeśli już, to nie Open’er, a OFF, i to niekoniecznie Main Stage.
Nie uświadczymy niestety też tego, czego sobie po cichutku życzyłem i liczyłem na to, że może tutaj to się objawi. Czyli większy dryg do melodii, naprawdę zapadających w pamięć momentów. Niby panowie mają alibi w postaci trudności materiału, ale trochę szkoda. Zgodzę się także z recenzentem Porcys, że porywając się na taki wypas dźwiękowy dobrze jest zapewnić mu odpowiednie warunki studyjno-producenckie, bo brakuje tu rzeczywiście powietrza, przestrzeni, przez co momentami błogostan szybko przeistacza się w paranoiczny koszmar. Pomijając te drobne niedogodności – to wciąż przewyższający lokalną konkurencję, obiecujący materiał. Nawet jeśli, połączywszy go w jeden longplej z piosenkami z „Deep Snow”, spełniałby jak dla mnie głównie rolę momentów wytchnienia pomiędzy petardami pokroju „Festival” czy „Brief Exposure”.
najlepszy moment: ALL LIKE COMETS
ocena: 7,25/10
