Abba – Ring Ring
rok wydania: 1973 (reedycja: 2001)
wydawca: Polar
Pisałem coś ostatnio o bipolarności mego gustu muzycznego. Że z jednej strony rock, a z drugiej hip hop. A jeszcze gdzieś tam w tle metal, jazz, elektronika, muzyka filmowa… Tak naprawdę jednak w każdym z tych gatunków chodzi mi o to samo. Że kiedy każda z tych moich części osobowości połączy siły rodem z kreskówek o Kapitanie Planecie, powstaje jedna postać, jeden wielbiciel muzyki to rule them all. Czas na coming out – jestem Poppersem. Kocham piosenki, kocham melodie. Kiedy jakaś Parada Melodii na mieście w najbliższym czasie?
Jak wiadomo, hierarchia władzy w Krainie Popu jest od dawna sprecyzowana: Król Michael, Królowa Madonna oraz Prince, Książę Funku. We współczesnych czasach tradycyjny model monarchii jest rzadko spotykany i nie inaczej jest tutaj. Sznurki tak naprawdę od dawna pociąga zupełnie inna grupa ludzi. Co ciekawe, w przeciwieństwie do tamtych wywodzą się nie ze Stanów Zjednoczonych, a z Europy. Ze Szwecji konkretnie.
Moi drodzy, rozgośćcie się wygodnie, bo oto zaczynamy podróż do cudownych lat 70-tych ubiegłego wieku. Jeśli nazwa Abba kojarzy Wam się z kiczem i pseudomuzyką niegodną uwagi poważnych wielbicieli muzyki, to możecie sobie odpuścić tego bloga na kilka dni. Spróbuję Wam udowodnić, że jest zgoła inaczej. Przynajmniej jeśli chodzi o tę pseudomuzykę.
Zaczynamy od debiutu wydanego w 1973 roku. Debiutu absolutnie niehistorycznego pod względem jakości zawartej nań muzyki (przynajmniej w skali Abby), a jednak koniecznego do odnotowania. Z prostego powodu – to najbardziej nietypowa pozycja w dyskografii kwartetu. Choć jest słusznie uznawana za ich pierwszy album, jako że wciąż zawiera większość charakterystycznych dla nich w późniejszych latach elementów, to dosyć znamiennym jest fakt, że oryginalne wydanie albumu było opatrzone nie kultową nazwą, a równie szybko zapamiętywalnym „Björn & Benny, Agnetha & Frida”.
W czym więc rzecz? Najprościej byłoby odesłać do okładki, bo ona mówi praktycznie wszystko. Gdzie cekiny, gdzie oczojebna kolorystyka, gdzie brokat? Nie ma. Była za to banda hippisów, żyjąca w jednej komunie songritersko-uczuciowej (no, to się akurat później nie zmieniło). Były piosenki, które więcej miały wspólnego z woodstockowymi latami 60-tymi aniżeli tym, co później wypadało spod magicznych rąk spółki Benny Andersson/Bjorn Ulvaeus. Jest to jednakże bardzo łatwe do wytłumaczenia i zrozumienia – siłą rzeczy debiuty to kolekcja utworów i inspiracji z przeciągu całej dotychczasowej działalności artystycznej twórców. A trzeba pamiętać, że żaden z członków Abby, a w szczególności dwóch wspomnianych panów, nie było debiutantami w momencie zawiązania wspólnej współprace. Oboje panowie odnosili sukcesy (lokalne wszakże, ale jednak) w swych grupach Hep Stars i Hootenanny Singers (w tym samym czasie koleżanki Agnetha Faltskog i Frida Lyngstad całkiem nieźle radziły sobie solowo, zwłaszcza ta pierwsza), na początku lat 70-tych nawiązując współpracę kompozytorską-tekściarską, która zaowocowała produkcjami dla innych wykonawców. także jednak na własny, duetowy rachunek – jeden z tych efektów ich współpracy, „She’s My Kind Of Girl”, jest tu zresztą zawarty. Dość osobliwa rzecz w kontekście całości, jako że zupełnie pozbawiona ingerencji żeńskiej części zespołu, przez co mogła by się ona znaleźć równie dobrze na płycie The Turtles i tym podobnych załóg, a biorąc pod uwagę jakość… nawet na którymś z wczesnych dokonań The Beatles. Abba jako szwedzkie Fab Four? Niepojęte!
Ale tych nietypowych nazw i wpływów jest tu znacznie więcej. Bo w innych momentach, kiedy na pierwszy plan wychodzą głosy panów (co zdarza się tu nad wyraz często), przypominają się panowie Simon i Garfunkel. Choć ze względu na chronologię ciężko mówić w tym przypadku o inspiracji, tak przysięgam, że gdyby mi ktoś puścił bez informowania któż zacz taki „People Need Love”, to przysiągłbym, że mam do czynienia z niepublikowaną kompozycją Fleetwood Mac z okresu „Rumours”. A może jakieś Jefferson Airplane? Psychodeliczny (!!!) „I Am Just The Girl” to najlepszy dowód na to, że w tamtym czasie panowie łykali wszystko co wiązało się z nurtem hippisowsko-folkowo-rockowym. Także jeśli chodzi o środki odurzające. A jakby tego było mało, „Rock’n’roll Band” wita nas… rockowym riffem. Dla kogoś, kto na hasło Abba wizualizuje sobie dyskotekową kulę szok nie do ogarnięcia.
I wszystko byłoby cudownie i stanowiące najlepszy kontrargument dla Abbowych sceptyków, gdyby nie to, że jednak nie wspinają się tu na swój kompozytorsko-melodyczny geniusz tak często, jak na późniejszych albumach. Gdyby wyróżnić piosenki nie za aranżację, a za piosenkowość właśnie, to konkurencja strasznie się zawęża. De facto do dwóch piosenek – otwierającego całość, pierwszego ich klasycznego singla „Ring Ring” i mojego faworyta, „Love Isn’t Easy (But It Sure Is Hard Enough)” z absolutnie – podkreślmy to, wyboldujmy i wzmocnijmy kursywą – GENIALNYMI harmoniami. Nie aby z pozostałymi melodiami było coś nie tak – jednak patrzymy na album z dzisiejszej perspektywy, zaznajomionej już z „Arrival” chociażby. A to naprawdę robi różnicę.
Wczoraj uczestniczyłem w mini-dyskusji fejsbukowej na temat „wioskowatości” Abby. Jeśli zależałoby mi, aby jakiegoś rockistycznie nastawionego do muzyki osobnika przekonać do Abby, to rzeczywiście „Ring Ring” jest idealnym wyborem. Jednakże w przypadku osób, które takich gatunkowych ograniczeń nie znają, konieczności znajomości tego albumu nie ma. Choć polecam, wszak nikt nigdy nie umarł z nadmiaru dobrej muzyki.
(Dodajmy, że w ramach reedycji do albumu dodano piosenki „Merry-Go-Round” i „Santa Rosa”. W swoim czasie chyba jednak słusznie oddelegowane na singlowe strony B. Choć „Ring Ring” w szwedzkiej wersji językowej – totalnie przeurocza rzecz)
najlepszy moment: LOVE ISN’T EASY (BUT IT SURE IS HARD ENOUGH)
ocena: 7,5/10