Tom Waits – Glitter And Doom Live
rok wydania: 2009
wydawca: ANTI-
w pazdzierniku nasza wieloodcinkowa, piekna opowiesc o dyskografii Toma Waitsa zostala brutalnie przerwana tuz przed jej finalem. dzis wiec wracamy do tematu, oficjalnie go zamykajac notka o najswiezszym dokonaniu poczciwego Tomka i tym samym damy mu odpoczac od naszego bloga.
nie pierwsza to wprawdzie koncertowka Waitsa, ale od ostatniej („Big Time”) minelo tyle czasu (22 lata!) i metamorfoz w tworczosci artysty, ze trudno nie uznac tej plyty za Wydarzenie, nawet jesli niewiele ponad rok wczesniej zdazyl nasycil zapotrzebowanie fanow trzyplytowym „Orphanes”.
inna sprawa, ze jak juz pisalismy przy okazji „Nighthawks At The Diner”, Tom Waits live to zupelnie nowa jakosc. czego „Glitter and…” jest calkiem niezla namiastka. nawet jesli nie ma tu takiego eklektyzmu jak na plytach studyjnych (trudno byloby pomiescic na jednej scenie wszystkie uzywane na nich instrumenty, a co dopiero instrumentalistow je obslugujacych), a wokal Waitsa brzmi jeszcze bardziej (!) ekstremalnie, to i tak trudno nie pokochac i tego oblicza tworcy „Rain Dogs”. a moze wlasnie z tych powodow?
bo koncert Waitsa to trans, niemalze szamanski obrzed, osiagany bardzo prostymi srodkami: wystarczy wywar z korzenia rockandrolla, boogie i bagiennego bluesa, szczypta deciakow i mandoliny oraz jedna z najbardziej charyzmatycznych postaci muzycznej sceny jako mistrz ceremonii. a jakby ktos zaczal odczuwac nude i poczynal uciekac z imprezy, glowny bohater niczym syrenim spiewem przyciagnie go z powrotem jedynymi w swoim rodzjau balladami. niby wystarczy to do stworzenia niezapomnianego spektaklu, jednak moim zdaniem cyrkowy entourage bardziej przydalby sie Waitsowi niz Britney Spears. bo tak wlasnie to sobie wyobrazam pod wzgledem wizualnym – freak show, pelne dziwolagow z Waitsowych opowiesci, karly, polykacze ognia. w tym kontekscie calkiem logiczny wydaje sie angaz Waitsa do Gilliamowego „Doktora Parnassusa”.
i tylko szkoda, ze do wspomnianych srodkow na stworzenie show nie moge dopisac najwazniejszego – piosenkowego repertuaru. ok, z jednej strony da sie zrozumiec – od czasu „Big Time” Waits nastukal troche tych plyt, z ktorych zdecydowanie moze byc dumny i ich zawartoscia sie chlubic. natomiast idealna koncertowka danego artysty to taka, ktora zawieralaby wyciag tego co najlepsze z calej jego dyskografii, a nie jej czesci (nawet nie polowy). „Singapure” to nie tylko jedyny reprezentant opus magnum „Rain Dogs”, ale i plyt z lat 80tych i wczesniejszych! inna sprawa, ze gdybym ja ukladal repertuar plyty tylko na podstawie plyt z dwoch ostatnich dekad, to obstawilbym zupelnie inne numery… nawet jesli milo, ze najwiecej tu utworow z takze mojej ulubionej plyty Waitsa z ostatnich lat, czyli „Real Gone”.
szkoda, szkoda. choc nawet przy lepszym doborze kompozycji taka plyta pozostawalaby tylko namiastka koncertu Waitsa. aha, w sumie ciekawy pomysl z ta druga plyta „Tom Tales”, zawierajaca same zapowiedzi… pogawedki Waitsa miedzy utworami. ciekawy, choc na dluzsza mete srednio trafiony – trudno repeatowac w odtwarzaczu same gadki, chocby nie wiadomo jak zajebiste by byly (a w tym temacie Waits jest mistrzem – uwielbiam te jego fakty z zycia insektow).
najleprzy moment: TRAMPLED ROSE
ocena: 7,5/10