rageman.pl
Muzyka

Metallica – Reload

Metallica_-_Reload_coverrok wydania: 1997

wydawca: Vertigo

 

stadionowego rocka ciag dalszy. zreszta, widzialem jakis czas temu na jutubie calkiem niezly koncertowy wykon „brothers in arms” popelniony przez Mete. wiec mamy jakas ciaglosc…

„Reload” jest prawdopodobnie obok „St. Anger” najmniej lubianym dokonaniem studyjnym czworki z bay area (no bo jeszcze przeciez jest „S&M”, hehe). symbolicznym albumem „nowej” Metalliki, tej nieznosnie komercyjnej itepe itede. i nie bede ukrywal, ja tez alergicznie swego czasu reagowalem na te dokonania. z dzisiejszej perspektywy jednak, kiedy metallica poddala sie presjom wielbicieli i wrocila do cieplego, thrashowego grajdolka za sprawa „Death Magnetic”, pojawila sie wreszcie szansa by te dokonania z lat 90tych docenic. tym bardziej, ze to wciaz bardziej eksperyment niz pop, wbrew temu co sadza tru fani metalliki.

nie zmienia to wszystko jedna smutnego fanu, ze daleko poziomem temu albumowi do dokonan sprzed dekady. najwiekszy problem z „Load” i „ReLoad” jest taki, ze panowie hetfield i spolka ubzdurali sobie, ze maja na tyle duzo swietnych numerow, ze wydadza dwie plyty. i niestety – byli w bledzie. na dodatek oba albumy trwaja po okolo 80 minut, przez co przebrniecie przez nie jest nie lada wyzwaniem (nie mowiac juz o tym, by odsluchac oba za jednym zamachem – probowal ktos tak?). a poczatek „Reloada” naprawde jest calkiem niezly, lamane przez swietny. „Fuel” to przebojowa rockerka nie majaca nic wspolnego z progresywnymi zapedami sprzed lat. ale naprawde jest w tym numerze cos, co daje kopa. to chyba ten zaspiew hetfielda „gimme fuel, gimme fire, srutututu”. potem jest jeszcze lepiej, czyli przechodzimy do „memory remains”. ociezaly, niemal zeppelinowy riff, znacznie przyczyniajacy sie do posepnosci calosci wespol z tekstem o fejmie i hajsie. no i goscinnie Marianne Faithfull. chyba malo ktory metalhead spodziewal sie, ze na plycie mety zagosci kobieta. nie mowiac juz o tym, ze spora ich czesc przypuszczalnie nigdy o tej osobie nie slyszala. wprawdzie byla dupa micka jaggera odpowiada tu jedynie za zaspiew „lalalala”, ale naprawde niezle koresponduje on z klimatem. zwlaszcza jesli ogarniemy kontekst postaci faithfull i jej zyciorysu. nie no, naprawde dobra rzecz. „devil’s dance” niczym specjalnym sie nie wyroznia (no chyba ze tempem kojarzacym sie z „sad but true”), ale jakos ujdzie.

zaraz potem jednak mamy jeden z kontrowersyjniejszych momentow calosci, czyli „the unforgiven 2”. generalnie sequele nieszczegolnie dobrze sie kojarza fanom muzyki. co zreszta nie dziwi, szczegolnie w sytuacji, kiedy tekstowi piosenki blizej impresjonistycznym wynurzeniom, a niekiedy zwyklej abstrakcji, niz opowiadiu konkretnej historii. no, „sniadanie u tiffany’ego 2”, jeszcze spoko, ale juz „sniadanie wioslarzy 2” to tak nie baudzo. ale w przypadku pochodzacego z „Czarnego Albumu” klasyka jest troche inaczej. tam byla historia i ten temat dalo sie rozwinac. a to, ze jego nastpeca przy okazji posilkuje sie w duzej mierze tymi samymi dzwiekami… okej, nie jest to poziom oryginalu. ale jest cos w tej agresywniejszym niz w poprzedniku refrenie, wokal hetfielda tez lepiej brzmi… nah, no zajebiscie lubie ten numer, po prostu. i jestem w stanie uznac go za najlepszy fragment calosci. co chyba nie za dobrze o tej calosci swiadczy.

bo niestety, pozniej zaczyna sie strzelanie slepakami. „better than you” zgarnal swego czasu nagrode grammy i za cholere nie jestem w stanie tego pojac, bo nie ma w tym numerze nic absolutnie wybitnego. taka tam sobie czadowanie. podobnie zreszta mozna powiedziec o takich kawalkach jak „prince charming” czy „attitude”. w tych dwoch zreszta slychac dalekie echa thrashowania czy heavy metalu w ogole („prince” to w pewnym momencie sie kojarzy z def leppard, ajajaj…). ostatnio coraz blizsza jest mi teza (niestety nie mojego autorstwa), ze w metalem jest troche jak z horrorami (zwazywszy na tematyke sporej ilosci tekstow metalowych – porownanie wcale nieglupie). wtornosc i powielanie schematow jest wrecz wpisane w regule. i owszem, warto docenic odbieganie od tychze schematow. ale czasem milo jest popatrzec na najklasyczniejsze w swiecie wypruwanie flakow, popodziwiac wykonanie tak obowiazkowych motywow jak uciekanie przed psychokillerem w gore schodami itepe itede (jesli ktos ogladal „Krzyk” to dopisze sobie tutaj reszte patentow). oczywiscie, sa maniacy tego gatunku, ale kazdy przeciietny bardziej lub mniej zjadacz filmow oglada takie filmy stosunkowo rzadko, by dac odpoczac mozgowi. i tak samo jest generalnie z metalem. no tylko ze wlasnie Mettalica to nie jest sobie pierwszy lepszy rzemieslnik. a przynajmniej nie byl. na wysokosci „mastera” czy „dzastisa” to przeciez hitchcock byl wrecz. wizjonerstwo, trendetterstwo. i troche niefajnie slyszec w ich wykonaniu kawalki, przy ktorych tylko fajnie pobujac lepetyna.

gorzej, ze sa tu tez kawalki, przy ktorych nie tylko mozg sie nie uaktywnia, ale i glowa bujac sie nie chce. vide „slither”, „carpe diem baby” czy „bad seed” (ten ostatni to juz naprawde poziom saxona jakiegos, masakra). dla odmiany zamykajacy stawke „Fixxxer” chyba byl pomyslany jako epickie zakonczenie, a w efekcie meczy tak ze boli. milo wiec w tym towarzystwie wyrozniaja sie „where the wild things are” i „low man’s lyric”. w pierwszym mamy malo gitare al’a „whenever i may roam” i hetfielda psychodelizujaco modulujacego glos. hm, gdyby jakas piosenka mety miala potwierdzic slowa bodajze hetfielda, jakoby alice in chains bylo jego ulubionym grandzowym bandem, to bylby to chyba wlasnie ten track. w „low man’s liryc” slychac za to inspiracje, uhhh, folkowe. skrzypeczki, lira korbowa… no niezle niezle, kombinujemy. tyle ze w obu przypadkach o powalajacym efekcie nie ma mowy.

zebrac najlepsze piesni z „load” i „reload”, dorzucic „i disappear” i mielibysmy naprawde niezla plyte, moze nawet lepsza od ogranej do bolu „czarnej z wezykiem”. i na dodatek swiadczaca o rozwoju. szkoda, choc i tak posluchac sie da. chocby by dac wypoczac szarym komorkom.

 

najlepszy moment: THE UNFORGIVEN II

ocena: 7/10

Leave a Reply