rageman.pl
Muzyka

Mayhem – Grand Declaration Of War

rok wydania: 2000

wydawca: Season Of Mist

 

satanizacji mego winampa ciag dalszy.

zawsze mnie zastanawialo co sie kryje za tajemniczym terminem „True Black Metal”. domyslam sie ze nie chodzi o sama muzyke, ale tez ideologie. okej, rozumiem. w koncu tez mozna sie bawic w okreslenia jak true hip hop, tru hardcore, true disco polo moze nawet tez jest. nigdy nie slyszalem opinii o tym, jakoby mayhem byli pozerami, wiec domyslam sie ze oni sa TRU. zreszta, skoro pochodza z norwegii, gitarzysta zostal zamordowany, jeden z wokalistow strzelil samoboja, a drugi dokonuje cyklicznego samookaleczenia na scenie, to musza byc prawdziwi. az boje sie myslec, ze moze byc inaczej i ze Mayhem nie jest wystarczajaco TRU.

uwazam sie za sluchacza w miare wszechstronnego. w tym sensie, ze naprawde jestem w stanie znalezc cos fajnego w wielu, czasem bardzo odmiennych, gatunkach. coz, kazdy ma jednak jakies granice. dla mnie Black Metalu NIE MA. sorry guys. moze za malo slyszalem, moze wciaz nie trafilem na zespol z tego gatunku ktory by do mnie trafil. ale dla mnie otoczka okolomuzyczna w tej dziedzinie jest nie do przejscia. malowanie ryja, cwieki na nadgarstkach, krwawe zabawy z owcami, lasy pomorza… nie, nie i jeszcze raz nie. swiat moze nie jest piekny, no ale bez przesady.

w tym kontekscie druga plyta Mayhema pozytywnie mnie zaskoczyla. bo po pierwsze – teksty. spodziewalem sie celebracji szatana, dostalem moze ciut wydumany, ale jednak interesujacy koncept wojenno-apokaliptyczny. i slowo „satan” czy inny „demon” prawie w ogole nie pada!

przede wszystkim jednak – zakoczyla mnie muzyka. oczywiscie jest tu wszystko to co mnie odrzuca na kilometr – blasty, srasty, blackowe skrzeki. zamiast jednak napierdalanska przez 40 minut jest kombinowanie. oczywiscie z roznym efektem, ale jednak. wokalista poza zdzieralem gardla stosuje tez inne srodki ekspresji. tu komputerowo przemoduluje glos albo zwuczajnie zaspiewa (bez patosu na szczescie), innym razem uderzy w szept, najczesciej, zgodnie z tematyka, wciela sie w mowce na jakims wiecu. momentami brzmi to jakby jello biafra nagle skumal sie z norwegami.natomiast w warstwie instrumentalnej juz totalne hulanki i swawole. perkusja to zapoda marszowym rytmem, to wrecz jazzem zapachnie. praca gitar tez momentami wychodzi poza schematy, jakiekolwiek by one nie byly. no i mnostwo efektow dzwiekowych. niekoniecznie elektroniki – ta raczej czai sie gleboko w tle aranzacji. sa znaczace wyjatki jadnokowoz – taki triphopowy wrecz „a bloodsword and a colder sun” to zdecydownie jest rzecz, ktorej bym sie nie spodziewal na tego typu plycie.

no i milo, ze panowie oszczedzili mi w oprawie graficznej widokowek typu „nasza kapela w puszczy bialowieskiej, chwile po wyjsciu od kosmetyczki”.

zdania o black metalu nie zmienie, ale naprawde myslalem ze bedzie znacznie gorzej.

 

najlepszy moment: A BLOODSWORD AND A COLDER SUN

ocena: 6,5/10

 

Leave a Reply