rageman.pl
Muzyka

Mark Knopfler – Golden Heart

rok wydania: 1996

wydawca: Vertigo

 

okej, skoro bylo znow i Dire Straits, to zmierzmy sie znow z tematem Knopflera solowego…

wprawdzie jeszcze w czasach aktywnosci DS jego lider realizowal sie na boku jako kompozytor muzyki filmowej, ale to „Golden Heart” jest jego oficjalnym debiutem solowym. wydawac by sie moglo, ze wydanie w tym samym czasie remasterow wszystkich plyt Dire Straits bylo dobrym ruchem dla samego Marka. bo w jakis sposob zamortyzowalo to szok, jaki wywolala zawartosc „GH”.

okej, niby juz na pozegnalnym „On Every Street” Knopfler dawal wyraznie do zrozumienia, ze jego preferencje artystyczne zaczynaja podazac w kierunku zupelnie obcym dla statystycznego fana DS. ale na tamtej plycie byl przynajmniej „Heavy fuel”, piesn tytulowa i pare innych numerow, do ktorych jak najbardziej pasowal epitet „rockowy”. na „Zlotym serduszku” juz tego nie ma.

to juz nawet nie chodzi o to, ze ta plyta jest maxymalnie wyciszona. trudno oczekiwac, by blisko 50letni koles dalej udawal rockowego mlodziaka (choc rolling stonesom wychodzi to calkiem sprawnie, przynajmniej na koncertach). wiadomo tez, ze po tego typu wykonawcy nalezy oczekiwac nastrojowego grania raczej pokroju klimatow radiowej Trojki anizeli pozny Nick Cave. ale zeby od razu w ramach jednej plyty mieszac country z irlandzkim folkiem? a wlasnie taka jest ta plyta. nagrywana jednoczesnie w Dublinie i Nashville, zarowno z irlandzkimi magikami od skrzypiec i akordeonow, a z drugiej strony z gwiazda country Vince Gillem. i tak to gospodarz raz przenosi nas w rejony zielone (bez ziomalskich skojarzen, zią) za pomoca „A Night In Summer Long”, by innym razem posmyrac nas sloma z redneckowych butow („Are We In Trouble Now”). trzeba jednak przyznac, ze udaje sie Knopflerowi czasem ladnie polaczyc oba klimaty, jak w „Done With Bonaparte”. a jakby nam bylo malo jeszcze egzotyki, to mamy jeszcze szanty czy inne ustrojstwo, ktorego nie powstydzilaby sie Wolna Grupa Bukowina. a aby bylo smieszniej, opatrzono to dziwactwo francuskim tytulem „Je Suis De Sole”.

niby wszystkie 14 numerow wyposazono w ten charakterystyczny wokal autora plyty. niby, choc inwencja juz nie ta sama, do da sie tez rozpoznac, kto odpowiada za partie gitarowe. ale troche to za malo, by bezproblemowo przerzucic sie ze sluchania dajer strejts na knopflera solowego. choc przy odrobinie dobrej woli da sie wylapac fragmenty ewokujace dokonania spred dekady. taka gitara w „Imeldzie” brzmieniowo to wypisz-wymaluj „Money For Nothing”. liryczniejsze momenty pierwszej, znacznie bardziej udanej czesci plyty moznaby zestawic z „Brothers in arms” czy innym „Romeo and Juliet”. niestety, najwiekszy uklon w strone fanow DS – „Cannibals” – jest tez najwieksza porazka plyty. bo az dziw bierze, ze szanujacy sie facet, chcacy byc uznawany za powaznego artyste nie tylko umieszcza na plycie cos takiego jak „Cannibals”, ale tez daje to na singla. wciaz nie dowierzam, jak mozna bylo sobie pozwolic na tak beszczelna powtorke z „Walk Of Life”. no chyba ze mial to byc sequel czy cos. sorry, nie wychwycilem.

na pewno jest to bardziej udana plyta od przerazliwie smecacej „Sailing To Philadelphia”. milo sie jej slucha. choc poziom numerow tutaj jest tak przerazajaco wyrownany, ze ludzie odpowiedzialni za poprawianie polskich drog i para-autostrad powinni brac z tego albumu przyklad. no i jednak chyba wciaz jestem za mlody, by doznawac przy tak spokojnych, wypieszczonych dzwiekach. wrocimy do tematu za jakies 30 lat. a tymczasem:

 

najlepszy moment: IMELDA

ocena: 6,5/10

Leave a Reply