Dire Straits – On The Night
rok wydania: 1993 (reedycja: 1996)
wydawca: Vertigo
elo elo. kontynuujemy watek Dire Straits w wydaniu koncertowym.
czy „On The Night” jest albumem potrzebnym? teoretycznie tak. w koncu dokumentuje ostatnia (choc w trakcie jej trwania nikt tak sprawy nie okreslal) trase zespolu, wiec aspekt historyczny istotny. dwa lata w drodze, wyprzedane stadiony, choc promowano w tym czasie nienajlepiej przeciez przyjety „On Every Street”. poza tym poprzednia koncertowka, omawiana wczoraj „Alchemia” nie obejmowala materialu z opus magnum zespolu, czyli „Brothers In Arms”.
nalezy tez stwierdzic, ze klimatem ta plyta znacznie rozni sie od „Alchemy”. tyle ze trudno uznac to za pozytyw. tu juz obcujemy z zespolem-megagwiazda. ktory, plynac na fali popularnosci, popadl w lekka gigantomanie, do czego po latach sam Knopfler sie przyznawal. okej, U2 i Rolling Stones tez graja na stadionach i nikt az tak sie nie czepia (no, chociaz z tym U2 to nie wiem sam…). tyle ze w tym przypadku mowimy o zespole, ktory wyrosl z malo komercyjnego przeciez bluesrocka, isnpirowanego Dylanem chociazby. zespol, ktory zaczynajac kariere graniem po pubach ponoc specjalnie przykrecal wzmacniacze, z szacunku dla rozmawiajacych w ow pubach ludzi. Dire Straits circa 1978 i 15 lat pozniej to dwa zupelnie rozne zespoly.
trudno powiedziec, by zespol (jeszcze wiecej muzykow niz na „Alchemy”!) odwalal panszczyzne. wykonawczo stoi to na mega wysokim poziomie. co mozna zaobserwowac chocby na przykladzie otwierajacego calosc „Calling Elvis”. to, co bylo w oryginale przeboikiem inspirowanym rockabilly z „On Every Street”, tutaj rozroslo sie do 10minutowego giganta, mega pojedynku gitara – pedal steel guitar. wlasnie – mozna to chyba przypisac na plus, ze nie ma tu wcale powtorek materialu z „Alchemy”. 8 numerow, po 4 z „BRothers…” i „OES”. by bylo jeszcze demokratyczniej, postawiono na single. co zla decyzja nie bylo (choc szkoda ze moj najulubienszy „So Far Away” sie nie zalapal), zwlaszcza w kontekscie „OES”. inna sprawa, ze sluchajac najstarszych przebojow – „Romeo and Juliet” i „PRivate Investigations” – mozna doszukac sie drugiego, znacznie smutniejszego powodu takiego ruchu zespolu. proste – te wersje absolutnie nie maja startu do tych z „Alchemy”. fajnie, ze cudny „RAJ” rozciagnieto az do 10 minut, tyle ze wiekszosc jego trwania meczymy sie z saxofonem godnym Kenny’ego G, zupelnie nie oddajacym ducha oryginalu. „PI” tez raczej nie sluzy odgrywanie go w takich warunkach.
powodow do narzekania moznaby znalezc wiecej: taki „Money For Nothing” bez charakterystycznego wstepu dla mnie traci racje bytu. ale poszukajmy tez plusow. takie kawalki jak „Walk Of Life” czy „Heavy Fuel” sa stworzone wrecz na stadion i ich wykonaniu trudno cos zarzucic. szpecacy „RAJ” saxofon rehabilituje sie w „You Latest Trick”. natomiast zamykajacy calosc „Brothers in arms” w takich arenowych warunkach to traci Pink Floydem niemalze. choc dla mnie hajlajtem albumu jest jednak tytulowy track z ostatniego albumu studyjnego grupy. nie wiem czemu nie wyroznilem go w recenzji tamtej plyty, czynie to wrecz teraz. pierwsza czesc utworu, z gadanina Knopflera puentowana sliczniutka partia saxu juz rozklada na lopatki. ale to co dzieje sie w drugiej czesci… dzieki takim wlasnie motywom uwazam Knopflera za jednego z moich ulubionych gitarzystow ever. choc rowniez to co robi reszta kapeli w tym koncowym fragmencie kaze wyniesc ten numer na piedestal.
to nie jest zly album. wrecz przeciwnie. problem jest z nim tylko taki, ze nie tylko nie umywa sie do „Alchemy”, ale i z racji kompletnosci tamtego wydaje sie wydawnictwem zbednym.
aha, obie omawiane przez nas koncertowe materialy pochodza z remasterow rzuconych na rynek w ’96 roku. choc w przypadku „OTN” roznica w dzwieku az tak dostrzegalna nie jest.
najlepszy moment: ON EVERY STREET
ocena: 7/10