rageman.pl
Muzyka

Marilyn Manson – Holy Wood (In The Shadow Of The Valley Of Death)

Marilyn_Manson_-_Holy_Wood_(In_the_Shadow_of_the_Valley_of_Death)_coverrok wydania: 2000

wydawca: Nothing

 

logika nakazuje by pojawila sie tu recenzja „Mechanical Animals”, ktory to follow-upowal „Antychrysta”. ale bedzie o „Holy woodzie”

dlaczego? z prostej przyczyny – poniewaz osobiscie wole wlasnie „HW” niz „MA”. o tym drugim moze kiedys napisze pare slow, dzis wole sie skupic na „Swietym drzewku”. bo ciekawsza ma historie, a i sama muzyka bardziej intryguje.

rzecz w tym, ze nie do konca mnie przekonal Manson na „Mechanical Animals”. to, ze ubzdural sobie, ze rzeczywiscie moze byc Davidem Bowie (a raczej Ziggym Stardustem) i na takiego sie stylizowal to jedno. ale najwazniejsze jest to, ze strasznie nierowna byla ta plyta. single super, ale pare gniotow tez tam sie znalazlo. calosc niespojna, a idei calosci zupelnie nie wyczailem. generalnie – mocne rozczarowanie po „AS”.

z „Holy wood” rzecz ma sie zupelnie inaczej. pominmy koncept-sroncept, relacje miedzy smiercia i slawa, Mansonowa stylizacje na nowego Chrystusa i inne bzdury zwiazane z ta plyta – na tej wysokosci dla mnie Manson juz liczyl sie tylko jako muzyk. a robienie z tej plyty ostatniej czesci rzekomej trylogii, na jaka mialy tez sie skladac „AS” i „MA” uwazam za scieme na rowni z kolejnymi czesciami „Matrixa” (na ktorego soundtrack Manson wrzucil tracka zreszta).

wazniejsze sa inne okolicznosci. tragedia w Columbine Highs School. Marilyn Manson jako glowny winowajca „zajscia”, naczelna inspiracja mlodych mordercow. swoja droga, jeszcze raz (bo recenzja jest gdzies w archiwum bloga) polece „Slonia” Gus Van Santa pokazujacy, jak naprawde moglo to wygladac… anyway, przelozylo sie to na klimat plyty. Manson sie wkurwil i te zlosc postanowil pokazac w muzyce.

brakowalo mi wlasnie na „Mechanical Animals” tego mansonowego agresora. nie aby tam chlopak spotulnial. ale sluchajac takich kawalkow jak „Burning Flag” czy „King Kill 33” czuje ze wrocil stary dobry Manson. i mozna nawet wybaczyc, ze ten pierwszy strasznie traci „Wish”em wiadomego zespolu. slychac jednak tez, ze po drodze wydarzyl sie „Mechanical Animals”. primo – slychac brak producenckiej reki Trenta Reznora. w aranzacjach tyle sie nie dzieje. powtykane tu i owdzie sample raczej nie zmieniaja faktu, ze slychac grajacy tu zespol, pieciu luda. co tez zwiazane jest posrednio z drugim zjawiskiem – mianowicie czytelniej to wszystko brzmi. i tez przebojowo. wezmy np polozone obok siebie dwa single. „The Fight Song”: zaden tam industrial, refren lomocze stricte rockowo az milo, a calosc otwiera riff brzmiacy jak zywcem wyjety z… „Song 2” Blur’a. w „Disposable teens” niby juz slychac elektronike, ale calosc to rockowy banger po linii „Rock is Dead” czy innego Alice Coopera.

niestety jest tez druga strona medalu. bo wspomniane wydarzenia nie tylko Mansona wkurzyly, ale tez prawdopodobnie mocno zdolowaly. i to tez niestety slychac. a Manson jakos nigdy mnie nie przekonywal w spokojnych kawalkach, poza malymi wyjatkami typu „Coma White”. najgorsze, ze wiekszosc tego typu numerow uzbieralo sie pod koniec plyty, przez co naprawde trudno dosluchac calosci do konca (tym bardziej, ze znow chlopaki polecieli po calosci: 70 minut, 19 piosenek). a juz taki, nawiazujacy do przeboju z „MA” „Coma Black” to szczyt wydumania. chlubny wyjatek: „Valentine’s Day”, najlepszy na plycie. niesamowity (zenski?) glos w tle i podniosly refren z wyspiewywana tytulowa fraza. moc.

powrot do formy i jak dla mnie, choc nie tak dobre jak „AS”, udane pozegnanie z latami 90tymi. moglo byc tez pozegnanie z kariera, no ale stalo sie inaczej…

(mialem odnotowywac, wiec odnotowuje: na CD dolaczono dosyc specificzny dodatek multimedialny. zaczyna sie fajnie: pistolet i strzelba ukladaja sie w krzyz, po czym po kliknieciu nan… otwiera sie strona internetowa Mansona. przypomina sie pierwszy koncert MM w polsce, podczas ktorego ponoc spiker nawolywal po wszystkim do odebrania kurtek z szatni. wniosek taki, ze fani mansona to musza byc straszne glupole. podczas zimy zapominaja kurtki zalozyc, z Firefoxem i IE na bakier bedacy…)

 

najlepszy moment: VALENTINE’S DAY

ocena: 7/10

Leave a Reply