Marilyn Manson – Antichrist Superstar
wydawca: Nothing
wlasnie zdalem sobie sprawe, ze nigdy tu nie bylo o Marilyn Mansonie. czas nadrobic zaleglosci.
chociaz czy jakies wielkie przeoczenie zaszlo? tez tak do konca pewien nie jestem. nie bede ukrywal – te 10 lat temu rzeczywiscie bylem pod wielkim wrazeniem tej postaci. tak jak nigdy niespecjalnie przekonywal mnie Nine Inch Nails (skad ta nazwa tutaj zapewne kazdy wie, a jak nie to pozniej wytlumaczymy), ale Mansona kupilem od razu. tak sobie w tej nastoletniej glowce ubzduralem, ze to takie Sex Pistols naszych czasow. czyli czlowiek (grupa ludzi) ze swiata muzyki, ktorzy naprawde moga namieszac w „normalnym” swiecie, odpowiednio pokierowani przez geniusza pokroju Malcolm McLaren/Trent Reznor. troche sie przeliczylem i koniec koncow sie okazalo, ze blizej Mansonowi do zwyklego shockrockowca niz autentycznego rozpierdalatora systemow. taki Kiss badz Alice Cooper lat 90tych. jaka dekada, taki shock rock. co gorsza, wraz z dewaluacja wizerunku postepowal tez upadek mansonowej muzyki. no, moze nie w takim tempie, ale jednak dzis nie tylko da sie ogladac i czytac o Mansonie, ale tez sluchac.
najwiekszy problem Mansona polega jednak na tym, ze nie jest jak David Bowie. nie jest kameleonem, ktory jest w stanie modyfikowac wizerunek na potrzeby plyty, dekady, okolicznosci, czegokolwiek. dlatego dzis Manson juz nie tylko nie bulwersuje, nie niesmaczy (czy to w pozytywnym, badz negatywnym aspekcie), co po prostu nikogo nie obchodzi. nikt dzis nie potrzebuje Mansona. natomiast w ’96 – o, to bylo co innego. cos nowego. cos nieasmowitego moze nawet. i dlatego „Antichrist Superstar”, jego druga plyta studyjna, broni sie nie tylko muzycznie, ale tez jako koncept. jako chora kreacja stworzona przez trojke ludzi. Twiggy’ego Ramireza, swietnego (i niedocenianego) kompozytora. Reznora, genialnego producenta. i przede wszystkim Briana Warnera, ktory jako dziennikarz zdobyl taka wiedze o rynku muzycznym, ze dokladnie wiedzial z ktorej strony w niego uderzyc, by najbardziej zabolalo.
nie to, abym spedzil ilestam wieczorow analizujac te teksty, cala opowiedziana tu historie. ale kupuje te opowiesc, ten porabany misz masz satanistycznych symboli, ochydy, Nietzsche’owych inspiracji, rockandrollowych ikon i krytyki spoleczenstwa konca wieku. zwlaszcza ze towarzyszy temu naprawde niezla muza. pewnie pare osob sie obrazi, ale ta plyta to najlepszy dowod na to, ze lider Nine Inch Nails powinien w pierwszej kolejnosci zajmowac sie produkcja muzyczna. zawsze wydawalo mi sie banalne mowienie o albumach jako o odrebnych swiatach, w ktorych mozna sie zagubic, wsiaknac, itepe itede. zwlaszcza ze takie frazesy znajduja pokrycie w naprawde znikomym procencie wydanych plyt. „Antichrist” do tego procenta nalezy. nie starczyloby miejsca na wymienianie wszystkich „smaczkow” tej plyty. dosc powiedziec, ze poza muzykami zespolu Marilyn Manson (byylymi i obecnymi – podczas sesji zaszlo pare roszad personalnych) graja tu tez muzycy Nine Inch Nails, oczywiscie z liderem wlacznie. programowanie, perkusja zywa i martwa, gitary zywe i martwe, akustyczne i elektroniczne, melotron, klawisze starozytne i nowozytne, fletnia pana i interwaly szatana. industrialna fabryka, nie ma co.
z powyzszych powodow nie ma wlasciwie co wyrozniac poszczegolnych utworow. trzeba sluchac calosciowo i wtedy nie zwraca sie uwagi, ze nie kazdy kawalek zapada w pamiec. bo kazdy numer jest tu niezbedny, stanowi rownie istotny element konceptu…
… chociaz nie, jednak pare trackow musze wymienic, chocby z powodow sentymentalnych. „The Beautiful People” – rzecz oczywista. maxymalnie osluchany kawalek, ale bez spiny – to naprawde ryjaca po bani kompozycja. utwor – symbol alternatywnego metalu lat 90tych. teledysk, w ktorego obecnosc na mtv nie moglem uwierzyc. autentycznie przerazajace. a, poszukajcie na youtube wykonania tego tracka na grande finale rozdania nagrod MTV VMA. chris rock i jego „go to church motherfuckers RIGHT NOW!”. fajne czasy. dalej – chyba najlepszy w zestawie „The Reflecting God”, z chyba najwscieklejszym z tych wszystkich wscielklych refrenow. obowiazkowa pozycja w setliscie dj mariana we wtorkowym kwadracie. „Irresponsible hate anthem” i „Little Horn” – dwa szybkie strzaly. preferuje osobiscie ten drugi, choc pierwszy szczegolnie zapadl mi w pamiec za sprawa dyskoteki szkolnej w osmej klasie podstawowki. dobrze wkomponowany track miedzy karrambe i dr albana. a historia zwiazana z „Dried Up, Tied and Dead to the World” to juz calkiem swieza sprawa. otoz calkiem fajnie go wpleciono w glupawy skadinad horror „House Of Wax”, ktory to widzielismy w kinie. a sam seans, z pietrusiakiem w roli glownej, to byla arcyciekawa sytuacja (relacja gdzies zreszta powinna byc na blogu).
bez watpienia najlepszy album Marilyn Mansona. natomiast pytanie tylko, czy samego Mansona uwazamy za istotnego artyste i tak tez jego tworczosc. i tu mam dylemat. dlatego tez ocena taka a nie inna. byc moze przemysle sprawe i zmodyfikuje cyferki ponizej. a na razie…
najlepszy moment: THE REFLECTING GOD
ocena: 7,5/10
