rageman.pl
Muzyka

Coal Chamber – Coal Chamber

Coal_Chamber_(album)rok wydania: 1997

wydawca: Roadrunner

 

my tu wciaz o metalu z lat 90tych. tym razem zajmiemy sie tymi, ktorzy kladli podwaliny pod nu odmiane tego gatunku. ehehehe.

choc czy naprawde? kiedys nie dowierzalem, ale dzis to slychac golym hmmm uchem – Coal Chamber na swym debiucie to byla straszna zrzyna z Korna (wczesnego). z ta roznica, ze zamiast dwoch gitar mamy jedna i nie tak utalentowana, bass wyrazny, ale nie majacy takiego hiphopowego bujniecia jak Fieldy. no i Dez Fafara, wokalista CC to jednak nie Jonathan Davis, o ktorym co by nie mowic obecnie, to na pierwszych dwoch plytach wokalnie rzadzil.

no a przede wszystkim – strasznie to wszystko na jedno kopyto. nie mowiac juz o dosyc niskim natezeniu melodyjnosci. gitara caly czas jadaca na jednym strojeniu, zwrotka-refren, zero jakichkolwiek urozmaicen aranzacyjnych (dwa skity, w tym jeden z wykorzystaniem instrumentow perkusyjnych, to jednak za malo). mozna uznac ze ma to wszystko klimat, ale zeby go wyczuc, to trzeba byc numetalowym freakiem. a ci, jak wiadomo, dawno powymierali tudziez czaja sie w ukryciu, czekajac na lepsze czasy.

okej, ale zeby tak totalnie nie dissowac. po pierwsze- mimo monotematycznosci, patent na wokalizy pana frontmana jest dosyc ciekawy. niby growl, ryk prosto z trzewi, ale ultraczytelny. fajnie brzmiacy, nie powiem. na czyste wokale przyjdzie czas na pozniejszej plycie, tutaj musza nam wystarczyc fragmenty ni to gadane, ni to wymamrotane. po drugie i  najwazniejsze-  mam do tej plyty cholerny sentyment. z dwoch powodow. pierwszemu na imie „Sway”. ten poczatek, z klasycznym „the roof, the roof, the roof is on fire” – uojej, jak swego czasu on mi dawal kopa. ahhhh. w Orbitalu to sie roznosilo parkiet przy tym numerze, hehehe. no i drugi powod – „Loco”. najslynniejszy i chyba rzeczywiscie najlepszy ich numer. do dzis, choc wstyd sie przyznac, robi mnie niemozebnie. to instrumentalne intro z budujaca atmosfere grozy gitara, ty ty ty ty ty tuuuuuuuu sekcji rytmicznej i nagle wokal robi „Pull!” i CZAAAAAD. uwielbiam wokal pana Fafary w tym numerze, nic na to nie poradze. sorry za prywate, ale przy tym numerze wizualizuje mi sie 1 klasa liceum. pelnia fascynacji gitarowym graniem. analizowanie tekstow, wyszukiwanie w napsterze nazw kapel, ktore w tych ksiazeczkach sie pojawialy. mini domowka, podczas ktorej bronilem tego numeru wlasna piersia przed chlopakami, ktorzy wkrotce mieli zalozyc Chassis (wtedy to chyba byl jeszcze Ciern? anyway, pozdrawiam!), a totalnie jechali sobie po tym tracku jako zzynie z Korna. hm, no mieli racje, jak sie okazalo, ale wtedy myslalem ze pozabijam.

no i wlasnie przez te sentymenty bedzie troche zawyzona ocena. bo to extremalnie sredniacka plyta, ktorej brzmienie starzeje sie z kazda sekunda.

 

najlepszy moment: LOCO

ocena: 6,5/10

Leave a Reply