Maria Peszek – Jezus Maria Peszek
wydawca: Mystic
Lubicie Czesława, który Śpiewa? Przypuszczam, że niewielu z Was odpowie twierdząco. Nie dlatego, by nie dało się Czesława Mozila lubić. Z pewnych jednak względów należy on do tej elitarnej grupy artystów, których twórczość ma dar polaryzowania odbiorców, nie tyle na przeciwstawne, co wręcz antagonistycznie nastawione do siebie grupy. I choć w kwestii oceny samej muzyki Czesława bliżej mi mimo wszystko do grupy hejterów, to samą jego postać odbieram wyłącznie pozytywnie. Nie wiem jak rysuje się jego światopogląd na rok 2013, czasem zerkając na „X-Factor” dostrzegam symptomy lekkiej blazy, ale poświęcony mu kilka lat temu dokument „W Moim Maluteńkim Świecie” (dołączony do omawianego tu swego czasy DVD „Solo Act”) ukazywał go jako dobroduszną, skromną, a przede wszystkim trochę zagubioną w mgle hype’u wokół niego wygenerowanego. Nie dał podstaw, by używać w jego słów takich sformułowań jak wyrachowanie, cynizm czy lans. Zupełne przeciwieństwo takiej Marii Peszek. Gdyby płyta „Jezus Maria Peszek” (choć w sumie dwie wcześniejsze również) miała ręce, to szarpałyby Cię za ramiona i waliły po twarzy, wysyłając komunikat „Spójrz na mnie, jestem W A Ż N A”.
Jasne, córka znanego aktora to zwłaszcza ostatnio dość łatwy cel hejtingu i szydery. Wszak ile można się znęcać nad legendarną już „depresją w Bangkoku”? Ale skrajna pretensjonalność uprawiana przez Peszek od początku jej muzycznej drogi (czyli de facto początku także jej medialnej kariery) poza uczuciem zażenowania ma także inny, znacznie bardziej nas interesujący efekt. Nie wiem czy jest to zamierzony przez Marię efekt, ale przysięgam, że bazując wyłącznie na treściach medialnych (także w tych mediach traktujących głównie o muzyce!) w życiu bym nie wpadł na to, co gra Peszek. Alternatywa? Jeśli jak to jaka – szeroko pojęta rockowa, indie popowa, elektroniczna? A może jednak rap lub disco-polo? Not a clue. Bo nawet potencjalny trop w postaci współpracy z Waglami na debiucie wydawał się medialnemu światu mniej ciekawy od faktu, że Peszek „pieprzy miasto, które jest jak ciasto”. I to pominięcie Muzyki w dyskursie na temat Peszek można by uznać za kolejną typowo polską osobliwość, jakich od groma w każdej dziedzinie życia w tym kraju, gdyby nie odsłuch „Jezus Maria Paszek”. Potwierdzający, że o muzyce w tym przypadku rzeczywiście nie ma sensu mówić.
Nie jest więc to płyta wybitna, co było do przewidzenia dla każdego, kto nie padł urokiem „chujawiaka”, a recenzje muzyczne w tygodnikach opinii traktuje ze sporym dystansem. Nie jest to też jednak tak dramatycznie zła płyta, jaką widzi (chciałby widzieć) ją Porcys. Choć oczywiście można zrozumieć, co nimi kierowało przyznając „JMP” ocenę 0.0 (innych płyty z Mystica nie słyszeli?… wiem, to już tekst poniżej pasa). Osobowość medialna Peszek nie jest niestety wyłącznie zabiegiem marketingowym, a przedłużeniem kreacji, jaką poznajemy z liryków. I trzeba mieć sporo samozaparcia, by obcując z kolejnymi „wytryskami poetyckiego natchnienia” (by posłużyć się stylistyką MP) zagryźć wargi i skupić się na muzyce.
Gdyby było jeszcze na czym się skupić… Generalnie rzecz ujmując numery z „JMP” w najlepszym wypadku wypadają jak średnio udana podróba późnej Nosowskiej („Nie Ogarniam”, „Żwir”), w najgorszym – solidny kandydat do najgorszej polskiej płyty dekady („Wyścigówka”, „Sorry Polsko”). Ten ostatni to rzeczywiście poziom dna, w każdym aspekcie – muzycznym, będących wypaczeniem całego electropunkowego nurtu i twórczości Peaches czy choćby lokalnych Mass Kotek, jak i tekstowym, będącym wypisz-wymaluj manifestem ideologicznym Młodych, Wykształconych i Z Wielkich Ośrodków. Za każdym razem jak słucham tego kawałka przypomina mi się niesławny casus Piotra Wolwowicza, uczestnika jednego z odcinków „Must Be The Music” sprzed dwóch lat. Dokładnie ten sam przypadek złego smaku mieszania muzyki z patriotyzmem, tyle że z drugiej strony barykady. Fakt, w wykonaniu tamtego chłopaka jeszcze bardziej opłakane w skutkach. Tyle że on został wyszydzony przez jury, a przekaz Peszek jest określany mianem „odważnej deklaracji”. Czy tylko według mnie coś tu jest nie halo?
A przecież te bardzie liryczne fragmenty twórczości Peszek, jak naprawdę ładny „Żwir”, „Publoktoq” czy szczególnie „Moje Miasto” z „Miasto Manii” pozwalają się łudzić, że to tylko przegięta kreacja, że jest jeszcze nadzieja dla Peszek jako piosenkarki, której grafomańskie zapędy byłyby niwelowane przez szczerość i bezpretensjonalność. Że całkowite oddanie inicjatywy songwritersko-produkcyjnej w obce ręce mogłoby mieć wręcz zbawienny wpływ na obrany przez nią kierunek muzyczny, przy okazji pozwalając uniknąć takiej groteski jak np. wixo-klawisz w „Ludziach Psach”. Trochę to marzenia ściętej głowy, ale jednak. Bo na chwilę obecną jedyny namechecking, jaki przychodzi mi w kontekście tej płyty nie dotyczy artystów, a takich postaci jak Janusz Palikot. Polski showbiz potrzebuje muzyków, którzy będą wkładać kij w mrowisko, wyłamywać się ze schematów, może nawet je dekonstruować. Ale błagam, niech to będą muzycy z krwi i kości, a nie osoby markujące muzykę. Ile jeszcze będziemy legitymować Muzykę (a nierzadko wręcz usprawiedliwiać) zawartym w niej „odważnym” przekazem?
najlepszy moment: ŻWIR
ocena: 6/10
