In Memoriam: Storm Thorgerson (28.02.1944-18.04.2013)
Zły, zły tydzień. Dopiero co pożegnaliśmy Chi Chenga z Deftones, a tu świat muzyczny oberwał kolejny ciężki cios. Nie chcę by ten blog zamienił się w wylęgarnie nekrologów i wspominek, ale mówimy tu o zbyt ważnej postaci w mojej edukacji muzycznej, by nie poświęcić jej chociaż kilku słów.
Pewna nietuzinkowość sytuacji wynika także z tego, iż praktycznie nigdy nie honorowałem w ten sposób artysty, który zajmował się wyłącznie sztuką wizualną i na dodatek nie związaną z Filmem. Już przy okazji notki dotyczącej Phila Ramone’a zwróciłem uwagę na coraz mniej kompleksową atencję, jaką my, jako słuchacze, darzymy Muzykę. Oczywiście sedno, czyli to co finalnie dociera do naszych uszu, jest najważniejsze. Niemniej dla dopełnienia tego doznania warto poświęcić uwagę „nadbudowie”, jaką otoczona jest ta treść muzyczna. Aranżacji, produkcji, nośnikowi… oprawie graficznej.
Zdaję sobie sprawę, że rozmawianie w 2013 roku, w erze MP3, o okładkach to surrealizm, dywagacje starych dziadów nie idących z duchem czasu. Nic na to nie poradzę – dla mnie słuchanie muzyki już na zawsze nierozerwalnie będzie związane z jej celebrowaniem. Może nie w sposób skrajny, żadnych kadzidełek i świeczek nie instaluję w pokoju przed odsłuchem płyty. Ale już takie aspekty jak, ekhm odpowiednia pozycja „odsłuchowa”, pełne skupienie, moment rozpakowywania nowej płyty/winyla i w następstwie umiejscowienia go w odtwarzaczu – to wciąż istotne dla mnie aspekty. Tego ostatniego elementu nie byłoby bez materialnego nośnika, a co bezpośrednio z tym związane – bez całej grafiki mu towarzyszącej, z tym jej najważniejszego elementu, popularnie zwanym „okładką”. Oczywiście znajdą się oponenci twierdzący, że grafika odciąga uwagę od tego co najważniejsze, czyli Muzyki. Do pewnego stopnia zgadzam się z nimi, o ile jednak mówimy o grafice typu zdjęcia zespołu. W erze znaku równości między muzykiem a celebrytą trudno oddzielić słuchanie muzy od jednoczesnego zastanawiania się, dlaczego gitarzysta kapeli X zafundował sobie taką fatalną fryzurę, a wokalistka tak straszliwie się roztyła. Sam jestem ofiarą tego dysonansu poznawczego, zwłaszcza jak słucham wokalistek pokroju Joss Stone albo Madonny sprzed 30 lat. Tyle, że mówiąc o grafice towarzyszącej albumom muzycznym mam (i zapewne nie jestem w tym odosobniony) na myśli przede wszystkim dzieła będące sztuką w pełnym tego słowa znaczeniu, obrazy będące w stanie funkcjonować na swych autonomicznych prawach, będące kreacjami od początku do końca, które w połączeniu z muzykę generują dalszy cykl obrazów w głowie i skojarzeń, w efekcie owocując swoistą odmianą wideoklipu. Jak te autorstwa Storma Thorgersona.
Co dał Thorgerson wizualnej stronie świata muzyki? Surrealizm, to na pewno. Mistycyzm. Pompatyczność w dobrym tego słowa znaczeniu. Wszystko to prawda, a jednocześnie w każdym z przypadków znalazłoby się na tyle dużo wyjątków, aby nie sprowadzać dziedzictwa Thorgersona do któregokolwiek z tych pojęć. Zamiast tego zaproponowałbym inny ciąg rzeczowników. Magia. Unikalność. Charakter. Niezależnie czy mówimy o okładkach „Dark Side Of The Moon”, „Houses Of The Holy” czy „De-Loused In The Comatorium”, tak przecież różnych, wspólny mianownik wciąż jest dostrzegalny. Trudny do zdefiniowany, łatwy do odczucia. Też nie jednomyślnie zachwycający – wszak surrealizm i patos są na tyle delikatnymi materiami, że łatwo przy ich zastosowaniu przedobrzyć, co według wielu miało miejsce. Weźmy teledysk do „High Hopes” Pink Floyd (w dziedzienie teledysku, choć mniejsze niż w dziedzinie oprawy graficznej, Thorgerson także ma swoje zasługi). Tam wszystko, o czym mówimy, jest zakodowane w kolejnych kadrach – ogromne przestrzenie, pomniki, gitary akustyczne płynące wodnym strumykiem. Kameralność i skromność jest temu obrazkowi obca. Ale hej, dotyczy to także samej piosenki „High Hopes”! I właśnie w tym rzecz – cokolwiek by Thorgerson nie stworzył, zawsze to perfekcjnie korespondowało z muzyką. Dlatego jego klientami byli Pink Floyd i Muse, a nie Sex Pistols i Slayer.
Nazwa Pink Floyd musiała tu paść w pierwszej kolejności, bo w końcu to dzięki kolaboracji z Watersem i spółką Storm zasłynął, a także była ona najtrwalsza, sięgająca od drugiej ich płyty „A Saucerful Of Secrets” z 1968 roku. Ale wśród zespołów doceniających jego unikalny styl znalazły się także Led Zeppelin, Black Sabbath, Rainbow, Audioslave. Trudno nie dostrzec, że w jego CV można znaleźć i mniej chwalebne pozycje. Ale nawet dzieła tworzone dla Scorpions czy The Offspring, jakkolwiek starające się równać poziomu tych zespołów, koniec końców ujmy Thorgersonowi nie przynosiły.
Wracając do początku tej notki – jest pewien smutny paradoks w tym zestawieniu Chi Chenga z Thorgersonem. W przypadku pierwszego, pomimo relatywnie młodego wieku, trzeba było pogodzić się z myślą, że już nigdy nie wróci do aktywnego muzykowania. Tymczasem Thorgerson, pomimo dawno już przekroczonego wieku emerytalnego, pomimo nekającej go choroby wciąż tworzył – vide wydany kilka miesięcy temu „Opposites” Biffy Clyro. Jako twórca okładek albumów Anglik praktycznie od rozpoczęcia działalności był bezkonkurencyjny – choć oczywiście powstało wiele genialnych okładek nie będących jego autorstwa, to jestem przekonany, że mielibyście trudność z wymienieniem ich autorów. Trudno jednak nawet wśród ostatnimi czasy wychodzących albumów wskazać jakiekolwiek dobre, zapadające w pamięć okładki. W tym sensie wraz z Thorgersonem odszedł ostatni powód, by wciąż kupować muzykę w tradycyjnych sklepach.
Widzimy się po Ciemnej Stronie Księżyca, Panie Thorgerson. Poniżej moje ulubione jego dzieło. Ile ja mogłem się za dzieciaka w to zdjęcie wpatrywać, Mój Boże!
