Mała mama
reżyseria: Céline Sciamma
Jest wiele przykładów filmów będących adaptacjami książek, które nawet jeśli same w sobie nie są złe, to bledną w porównaniu z materiałem źródłowym. Ale chyba pierwszy raz obcuję z filmem powstałym na bazie scenariusza oryginalnego, przy którego oglądaniu żałowałem że nie jest książką.
Bo na papierze – tj. w streszczeniu, a także w recenzjach – „Mała mama” jest wspaniałym dziełem. Sam wstęp być może nie zapowiada nic wielce oryginalnego: ośmioletnia Nelly wraz z rodzicami przyjeżdżają do domu Jej zmarłej babci, której córka – i zarazem matka Nelly – nie radzi sobie z żałobą. Sama przeżywająca swoją żałobę – a zarazem współdzieląca żałobę swojej matki – Nelly szuka sposobu na zbliżenie się w tych trudnych chwilach do swej rodzicielki. W międzyczasie nawiązuje znajomość z poznaną podczas spaceru w lesie swoją rówieśniczką…
I tu stawiam kropkę, ponieważ plot twist tej historii jest na tyle ciekawy, że warto samemu go odkryć (choć sam tytuł filmu jest pewnego rodzaju wskazówką). Jest to kolejny filmowy dowód, jak magicznym, oderwanym od schematów świata dorosłych tworem potrafi być umysł dziecka. Przy czym jest to bardziej pogodne spojrzenie na „Małą mamę”. Bo jest jeszcze druga, smutniejsza perspektywa, przywołująca niejako do porządku – bo mówimy o puszczaniu wodzy fantazji jako reakcję na żałobę przeżywaną przez dziecko. Niewiele rozumiejące, ale zdecydowanie więcej odczuwające. I jest w tym filmie mnóstwo symboliki, której znaczenie dotrze do każdego kto choć trochę wciąż pamięta emocje, jakimi był targany za dziecka, a które z czasem straciły rację bytu.
I widzicie, nawet sam w recenzji piszę o tym filmie jako o dziele przynajmniej na 8/10. I bardzo bym chciał taką ocenę wystawić, być może kiedyś ponownie obejrzę ten film (i chciałbym by tak się stało) i zrewiduję poniższą ocenę. Niemniej pamiętam doskonale seans i moje odczucia po filmie, znacznie mniej entuzjastyczne. Główny problem jaki mam z tym filmem tkwi w odtwórczyniach głównych ról. Głupio się czepiać kunsztu aktorskiego dziecka które odgrywa traumę i, co za tym idzie, wycofanie emocjonalne, ale trudno było mi wyzbyć się odczucia, że te ekranowe dzieci są, hm, zwyczajnie nieciekawe. I dlatego co rusz myślałem, że w wersji książkowej tej historii nie byłoby takiego problemu. Nie jestem też, jak się okazuje, fanem stylu reżyserki – nie chodzi o skrajny minimalizm środków, bo jak pokazały inne filmy na Nowych Horyzontach, da się jednocześnie minimalistycznie i porywająco. Tu czegoś zabrakło, za dużo odcieni szarości w tym wszystkim.
Doceniając pomysł i oryginalność realizacji, nie potrafię dać niższej oceny. Ale też, chcąc by oceny na tym blogu odzwierciedlały skalę satysfakcji z obcowania z opisywanymi tu tworami kultury, nie potrafię dać więcej.
najlepszy moment: brak, chyba że za takowy uznać wspomniany moment prezentacji plot twistu
ocena: 7,25/10
