Madonna – True Blue
rok wydania: 1986 (reedycja: 2001)
wydawca: Warner
Dawno nie było tu „dziesiony”, co?
Ale oto wreszcie jest. Zapewne część się obruszy, że maxymalną ocenę dostaje płyta pop – wciąż niestety przekonuję się choćby obracając się w moim towarzystwie, że gatunek ten traktowany jest co najwyżej z przymrużeniem oka. Ci co kumają muzyczną bazę i NAPRAWDĘ dzielą muzykę na dobrą i złą przypuszczalnie z płyt Madonny prędzej wyróżniliby debiut lub „Like A Virgin”, w dalszej kolejności „Like A Prayer” (no, jeszcze jest „Ray Of Light”, ale wciąż trudno zaliczyć mi ten album do Madonnowego kanonu, choć dzieło to przezacne). Ale „True Blue”? Ano tak.
Wspólnym mianownikiem wątpliwości co do jakości tego albumu jest to, że niejako jest to album przejściowy między Madonną w wersji „boy-toy” latającą po scenie w fikuśnych ciuchach i śpiewającą głosem Myszki Minnie na helu, a wyrachowanym seksualnym wampem paradującym w stożkowym staniku. I tak de facto jest. Tyle że właśnie to stanowi o potędze tego albumu. Połączenie tego, co najlepsze z tej wczesnej, pozornie niewinnej Madonny i jej późniejszego oblicza, kiedy jako wyrachowana Królowa Popu sprawowała swe rządy bezceremonialnie rozprawiając się z wszelkimi oponentami. Ten stan „zawieszenia” najlepiej obrazuje aspekt wokalny albumu – z jednej strony wciąż słychać tą niewinną blondyneczkę od „Lucky Star”, ale jednak paleta barw w głosie Pani Ciccone jest znacznie bogatsza (na szczęście zawsze zachowując lekkość, która wyparowała w okolicach „Erotici”). Krótka piłka – to najlepsza płyta Madonny pod względem interpretacji wokalnych. Czy kiedykolwiek wspomniałem, że Madonna jest kiepską wokalistką? Eeeeeeee, karny kutas dla mnie.
Przede wszystkim jednak mamy tu PIOSENKI. A właściwie to Killery Totalne. Hit za hitem wjeżdża, kombo na 100000 punktów. „Papa Don’t Preach” – kto nie zna tej klasycznej dosłownie i w przenośni introdukcji? Ta kooperacja smyków z bassem to przecież czysty miód. A to co wyprawia Madonna w pre-refrenie, MÓJ BOŻE.
„Open Your Heart”. Niby dancepop, ale diabeł tkwi w perkusjonaliowych szczegółach. No i kolejny refren z cyklu „kochaj albo umrzyj”.
„White Heat”. Możliwe że najlepszy niesinglowy hit w Jej repertuarze. Refren, REFREN! Jak kapitalnie jedzie tu w duecie zadzior w głosie Madonny z wykrzyczanym background vocalem w tle (Richard Marx, pamiętacie typa?). Tu także sekcja rytmiczna wyczynia cuda. Nile Rodgers odwalił kapitalną robotę na „Like A Virgin”, ale jak się okazało – nie jest niezastąpiony. Zresztą debiutujący tu Patrick Leonard okaże się dla Madonny na tyle udanym kolaborantem, że z jego usług będzie korzystała jeszcze nieraz w przyszłości. Ciekawostką jest także fakt, iż w największej części za współautorstwo kawałków odpowiada Stephen Bray – człowiek, który na dwóch poprzednich krążkach Madonny odpowiadał, poza paroma wyjątkami, za te mniej ciekawe ich fragmenty.
Dobra, wracamy do programu głównego. „Live To Tell”. Dajcie mi chwilę na zastanowienie, zanim wyskoczę z radykalnie brzmiącą opinią…. ok, już. Najlepsza Ballada Madonny. Ten lejtmotyw na synthach, dyskretnie objawiający się chórek dziecięcy – to jest PRZEPIĘKNE.
Kawałek tytułowy. Cadillaki, pin-up girlsy… i Girl Pop! Nawet jeśli generalnie nic Wam nie wiadomo o latach 50tych w Ameryce, to i tak zakochacie się w tym kawałku. Jeśli kogoś nie rusza tak cudowna retro-konstrukcja, to przed kolejnym podejściem do odsłuchu niech najpierw wyciągnie chuja z uszu (copyright by Afrojax). Możemy dorzucić do tego akapitu jeszcze „Jimmy Jimmy”, który odwołuje się bardziej do bardziej energetycznego, może nawet rock and rollowego oblicza tamtej dekady.
„La Isla Bonita”. Wiadomo że musicie znać, chyba że rodzice dopiero parę dni temu uwolnili Was z piwnicy. Zatem anegdota z prywatnej kolekcji. Kwiecień, rok ’93 (czyli, jakby nie patrzeć, rocznica). „Mini Lista Przebojów”. To, co nie udało się w Stanach, udało się w postkomunistycznej Polsce. Michael Jackson i Madonna na jednej scenie. Nie w tym samym momencie, ale jednak. On w stroju szytym przez pół roku przez Babcię wykonuje (a raczej odtańcowuje) „Bad”. Technika beznadziejna, ale ile w tym pasji! I kiedy już wydawało się, że to on będzie Królem Wieczoru, wchodzi Ona. Czerwona sukienka, o jakiej nie śnił nawet Fisz. Jeszcze śliczniejsza niż ta, w której prawdziwa Madonna paraduje w teledysku. Ale to nic w porównaniu z jej właścicielką. Co tu dużo mówić – podwójny nokaut. Sam do dziś nie wiem co bardziej bolało – brak wygranej w programie czy serce złamane faktem, że już więcej tej 10letniej, gdańskiej wersji Madonny nie ujrzałem. Przynajmniej nie osobiście – jako że życie dopisało dość zabawny epilog do tej historii: parę skojarzeń faktów i okazało się, że moja niespełniona miłość to ta sama dziewczyna, która jako Aneta Piotrowska tańczyła z Mroczkiem w Tańcu z Gwiazdami. A ja co najwyżej na festynach szkolnych robiłem taneczną karierę. Życie boli.
I tu chciałbym zakończyć recenzję, wykazując że nie ma na tej płycie złych momentów. A jednak… O ile „Where’s The Party” swoją bezbarwnością nie razi, tak „Love Makes The World Go Round” brzmi jak jakiś odrzut ze składanki promującej Mundial, na dodatek ze skrajnie banalnym tekstem. Ale o nie! Nie zepsujesz mi ty ohydny kawałku radości z obcowania z „True Blue”!
(jak zwykle remaster przynosi dwa remixy. Choć tym razem o ile wydłużona wersja „La Isla Bonita” absolutnie niczym nie porywa, tak alternatywny mix tytułowego może momentami zaskoczyć. Industral to to nie jest, ale tu i ówdzie wdziera się coś, co na pewno na dyskotekę się nie nadaje. Chyba że taką ze skórami i biczami.)
najlepszy moment: PAPA DON’T PREACH
ocena: 10/10